Jak kropla deszczu

Marek Czuku


Jak kropla deszczu


Wydawnictwo Biblioteka
Łódź 1998




Słowo
(1984-1986)


Słowo


Powiedz słowo,
a policzone ci będzie –
w słowach, ptakach, chmurach.

Powiedz słowo,
a wysłuchane będzie –
przez ciszę, mgłę, wiatr.

Powiedz słowo,
a dane ci będzie –
ogień, woda, słońce.

Powiedz słowo,
a wymodlone ci będzie –
wieczność, łza, pocałunek.

Powiedz słowo,
a uczynione będzie –
zło, dobro – jedno z dwojga.

Powiedz słowo,
a zabrane ci będzie –
radość, dom, nadzieja.

Powiedz słowo,
tylko nie za duże.
To duże zostaw sobie
na koniec.


Październik 1984




Nauka


Uczymy się poezji
od pijanego Gałczyńskiego.
Uczymy się malarstwa
od obłąkanego van Gogha.
Uczymy się muzyki
od głuchego Beethovena.

Uczymy się siebie
w prywatnej krainie intymności,
którą kontroluje
nieodłączny subiektywizm.

Uczymy się od wielkich i małych,
od wyklętych pokoleń,
od dziadów kościelnych.

Nemezis nauczy nas życia.


Maj 1985




Piękno


– Zobaczcie, jakie to piękne –
powiedział natchniony krytyk,
widząc twór o siedmiu nogach,
siedmiu głowach i siedmiu imionach.

Niestety, twór był prymitywny
i nie zwrócił na to uwagi.


Lipiec 1985




Trzy obrazy


Paolo Ucello – Bitwa pod San Romano

Gęstwa lanc utrzymuje walczących
w symetrycznym porządku.
Krople krwi wsiąknęły w czerń nieba.
Masakrę zastąpiły:
błysk zębów czarnego konia,
geometria
i wspaniała naiwność dziecka.


Claude Monet – Katedra w Rouen

Rozpływające się kontury katedry
w niespokojnej wizji nieba
burzą hierarchię:
waloru, barwy, patosu.
Dajcie mi światło,
a poruszę powietrze.


Pablo Picasso – Sfinks

Kwadrat do prostokąta,
falujące zielenią i szarością,
wyznaczają punkty widzenia:
wszechwidzące oczy,
demon kobiecości
i zakrzywienie grawitacyjne Einsteina.


*

Zestawmy geometrię, światło i grawitację,
a ujrzymy zgarbionego starca nad płótnem.


Czerwiec 1985




Pieta Sebastiana del Piombo


                   Wielka jest nędza moja i bez nazw.
                                             R. M. Rilke, Pieta


Księżyc i mrok
topią w sobie
posągową Madonnę
o prostocie wieśniaczki.

Jej lament
spływa na Ciało
kreślące jasność
w zadumie nocy.

Jej lament
unosi się ponad drzewa,
aby spaść
oddechem Wieczności.

Jej spokój
pozwala wierzyć,
że Ciało to Słowo,
które wyzwala.


Marzec 1986




List eklektyczny


                        Panu Prof. Zdzisławowi Rydzyńskiemu


Tibi et igni,
bo pociągi się mijają,
bo spadł ostatni pyłek w klepsydrze,
bo odeszło kilka osób
(wśród nich Jaroslav Seifert),
bo umarł motyw śmierci na mojej sztaludze.

Dość!

O snach chcę pisać.
O albańskim księciu, odważnym chłopcu,
który – jak u Elitisa –
nocą w objęciach pomarańczowych dziewcząt
plamił wielkie stroje gwiazd.
O białym zegarze, jego secesyjnych wskazówkach
i chorym człowieku wpatrującym się
w biel zbrukaną sieną winy.

O nocy chcę pisać in statu nascendi.
O księżycu-szarlatanie,
którego już dawno nie widziałem.
O Edenie Traherne’a, pierwotności Adamowej,
szczęśliwej, mądrej nieświadomości rzeczy,
jadzie, radości, brudzie, pięknie,
żądle wężowym, życiu, świetle.

O sobie nie chcę pisać,
o poezji,
o obieraniu kamieni jak kartofli,
o kamiennych gastarbeiterach epoki,
o architekturze silnych ludzi,
o szukaniu matki.
Nie chcę!

O chaosie i mękach Andricia chcę pisać.
O kobiecie imieniem Niezmącona Radość Życia,
czekaniu na nią – radosnym, cierpliwym,
niespokojnym, trudnym,
o jej niewierności,
o tym jak sprawia jej rozkosz cudze cierpienie.

O oknie Kafki chcę pisać,
zastępującym mu dowolne jakieś ramię,
na którym mógłby się wesprzeć.
O gwarze i zamęcie ulicznym,
przenoszącym go do ludzkiej społeczności.

O pomarańczy chcę pisać,
którą podzieliłem się z tobą
chyba trzy lata temu,
i o soku, który z niej popłynął –
potoku zawiści, pożądliwości,
bezwzględności, zła wszelkiego.
Nie było tam miłości;
miłość jest tylko w Bożej definicji.

Żegnaj murami otoczona.


Luty 1986




Żona poety


Żona poety nosi w sobie wiersz.
Rośnie on wraz z oddechem
dziecka nie narodzonego,
dojrzewa w ruchu ręki ukazującym błękity.

Żona poety, kreślona szarościami,
wymyka się antologiom,
kryjąc się w blednącej,
nieskończonej miłości.

Żona poety podróżuje
między kartką a sklepem,
śni o różu drzew i czeka,
a czekaniu jej...


Maj 1986




Łukasz


Przebiłeś świat jednym krzykiem,
wypełniłeś lukę po pterodaktylach.
Poza tym w normie:
wzrost 53 cm,
waga 2800 g,
meszek na głowie,
znaków szczególnych brak
(oprócz znaków, które ci daję:
przekleństwa słowa
i zaszczytu milczenia).


4 sierpnia 1986




Wyznanie miłości


                   Miłość nigdy nie ustaje,
                   nie jest jak proroctwa, które się skończą,
                   albo jak dar języków, który zniknie,
                   lub jak wiedza, której zabraknie.
                                                               1 Kor 13,8


Kocham ziemskie pagórki
i niebieskie zorze.
Kocham trudy daremne
i znaki widzialne.

Kocham ciągle za mało
i trochę za smutno,
jako mędrzec czy prorok,
co przy Biblii zasnął.

I co z mego kochania?
Czy miłością je nazwać?
I czy to, jak kocham,
nie jest wronim skrzekiem?

Muszę stale od nowa
do Ciebie się zbliżać,
a czy to jest miłość,
odpowiesz mi potem.


Marzec 1986




Znak
(1982-1987)


Znak


              Pamięci ks. Jerzego Popiełuszki


Na dany znak
machnij ręką,
zamknij usta,
kopnij leżącego,
podpal świątynię,
stań na baczność.

Pozostanie ci ślad w kieszeni
po trzydziestu srebrnikach.


Styczeń 1985




*   *   *


Walec gniecie świat,
ciebie, mnie,
osie mienią się złotem,
a za nim na postronku
wlecze się ludzkość.


Grudzień 1982




Bestia


Nie trzeba budzić bestii.
Niech trwa w popękanych hełmach
i gładkich przemówieniach.

Zbudowana na podobieństwo wieży Babel
z kości i prochu
bombarduje czcionkami gazet.

To ona wyniszczyła Indian,
strzelała do prezydentów,
odkrawając kromki z naszego powszedniego.

Nie trzeba budzić bestii.
I tak zrobią to za nas inni.


Październik 1986




Krzyż


                   Pamięci mojego dziadka –
                   por. Bohdana Machana, ps. „Akaga”,
                   powstańca warszawskiego


Krzyżowa droga,
krzyżowy ogień,
w krzyżu pięć kul,
na krzyżu czapka.


Październik 1984




Fragment


                                  Dorocie Kiersztejn Pakulskiej


Wiem, jak ci trudno żyć w enklawie
sosnowej igły w miejskim zaułku.
Przeglądasz się w spękanym lustrze
wystawionym na ulicy niczym wentyl bezpieczeństwa.

Strzelista jak gotyk kościołów,
tresowana z lewa i prawa,
niepotrzebna, a przez to niezbędna –
obserwujesz zegar wskazujący lata, wieki, epoki,
bijący w czas traktatów, rozejmów, rozbiorów.

Budujesz mosty zawsze za kruche,
aby przetoczyły się przez nie
twoje absurdalne ambicje,
zawsze aktualne, zabójcze i życiodajne.

Płacisz krwią za drobne,
łaskawe skinięcia głową,
czując alkoholowy oddech
za plecami, abyś szła do przodu,
i w twarz, abyś nie szła za szybko.

Kołaczesz sercem w takt poloneza
do wieczności,
mającej dla wielu znaczenie symboliczne,
nieciekawe dla durniów,
wulgarne dla erudytów.

I tak żyjemy chowając twarze przed razami –
ty i ja,
nie potrafiący ciebie udźwignąć.


Listopad 1986




Cień


Grząski cień rozlał się pod sosnami,
rosnącymi na przekór
doraźnym celom,
aczkolwiek uzasadnionym.

Jego barwy wschodzą bladością twarzy
z niewyspania po nocnej zmianie,
a zachodzą krwawym plastrem
przydziałowego mięsa.

To nic, że przypomina bagno,
gasi zbyt ciekawy wzrok
i znika na okrzyk:
– Rozejść się!

Nie rozpieszczają go historycy,
piszący podczas przerwy obiadowej
donosy na Andegawenów
albo leczący kaca po tysiącletnim rauszu.

Zawsze za ciemny
i nie do wywabienia
pełza między linijkami
podręcznikowego menueta.

Na zdrowy rozum
nie istnieje materialnie.
Więc dlaczego straszy myszami
albo wyje na sputniki?


Listopad 1986




Polityka


Gdzieś i kiedyś mysz i kot
jadły z jednej miski.

Trwałoby to do dzisiaj,
gdyby ktoś nie powiedział kotu,
że myszy są jadalne.


Listopad 1985




Koronacja


Sądny dzień nastał – wieszczą prorocy,
wycinając z gazet karykatury wodzów.

Przed konfesjonałem kolejka.
Księża w błazeńskich czapkach
sprzedają bilety do nieba.

Juliusz Cezar z Napoleonem
produkują w piwnicy
bimber, kiełbasę i bombę neutronową.

W kawiarniach powtarzane są plotki
o rozszerzającej się panice.

Osiągnięto warunki
sprzyjające nowej koronacji.


Czerwiec 1985




Sąsiad powiesił się


Sąsiad powiesił się
na antenie telewizora.

Łopotał jak sztandar,
raził nieogoloną świadomością,
prowokacyjnie pokazując
czerwony język.


Wrzesień 1986




Wielkie pranie


Postanowiłem odnowić się zewnętrznie i duchowo.

W tym celu zaniosłem do centralnej pralni
wszystkie swoje
ubrania, książki, szafy, obrazy, myśli.

Po tygodniu odebrałem zbity sześcian
wielkości pudełka zapałek,
o barwie wpadającej w szarość.


Listopad 1986




Wyszedłem z domu


Tu nie mieszka się
do starości –
trzeba dopłacać.
Tu umiera się
ze starości –
trzeba zrezygnować.

Tu, a nie gdzie indziej,
wyszedłem z domu.
Starców już nie ma.
Pochowani pod stertą szabel
płoną spopielając białe karty.

Na ulicy sprzedawano używaną broń.
Twarz starca zwinięta w rękojeść
plamiła gazetę.

Nie. Proszę mnie zostawić.
Ja tylko wyszedłem z domu.
Chwilowa amnezja.

Pan chyba nie od dzisiaj zna ten stan?
Totalny defekt, brak motywacji,
przewlekła i uciążliwa dolegliwość.

Wyszedłem z domu
i nie zamknąłem drzwi.
Nie mam klucza. Nie rozumiem.

Pan słyszy? Tętent koni.
Ulica zalana krwawą poświatą.
Gaśnie światło.

Nie dla mnie powtórka z gramatyki:
był, była, było.
To do niczego nie prowadzi.

Klucz został w zamku.
Starość wyklucza pobór.
Przeniesiono do rezerwy te czasy.

Nie pan pierwszy i nie ostatni.
Raz mogło się zdarzyć.


7 czerwca 1987




Błąd


Przepraszam, że zakłóciłem porządek
pracy przepalonych żarówek.
Nie chciałem śmiać się z kalek
o papierowych kręgosłupach.
Nie tknąłem funkcjonariusza na służbie
okultyzmu.

Ustąpiłem brzemiennej miejsce
w życiu.
Zaprogramowałem komputer
na nadwrażliwość.
Wstąpiłem
na jednego,
jednym pozostając.

Przyznaję się do błędu.
Pomyliłem światło
z mrokiem klatki.


Wrzesień 1986




*   *   *


              Józefowi H. Wiśniewskiemu


Co nam pozostało?
Kamień o kamień.
Co nam pozostało?
Głowa przy głowie.
Co nam pozostało?
Dziura na dziurze.
Co nam pozostało?
Kolce i lament.
Co nam pozostało?
Grom, lawa, dym...

Człowiek.


Październik 1986




Wyścig Pokoju 1987


Tylko szyba dzieli mnie od poezji.
Kawałek powietrza ukazuje mi
podstawowe reżimy składni.
Tylko szyba broni mi wyjść na zewnątrz.

Pędzące sylwetki poruszają uśpione pasje.
Święta moja powinność ujawnia się za szybą,
jak blask, ogień z paszczy smoka.
Pokój światu! – można by rzec.

Tędy ma przejeżdżać Papież.

Patrzę szklistymi oczami pełnymi niepokoju.
Kawałek powietrza dobija się do szyby.
– Gdzie jest poezja? – pytam kobietę trzepiącą dywan.
– Leży tu, pod kołami, w warkocie wozów technicznych.
Kobieta zwija dywan i zostawia niedomknięte okno.

Tędy wiedzie trasa. Czyż nie tędy droga?

Kawałek powietrza stygnie w bezruchu.
Ojczyzna jest w poezji (i vice versa).
Tylko bezruch i brawa dla zwycięzcy.
Z ochrypłych gardeł wydobywa się flegma.
Poezja zastyga za szybą. Brawa dla zwycięzcy!

Tylko szyba dzieli mnie od zwycięstwa.
Tylko kawałek powietrza stoi ojczyźnie w gardle.
Pokój światu! Ma tędy przejeżdżać...


Łódź, 23 kwietnia 1987




*   *   *


Zamknięty w ciemności
tarzającej się po podłodze
nucę Boże coś Polskę.

Sąsiad puka w ścianę.
To znak,
że jeszcze nie umarła.


Wrzesień 1986

Czyściec
(1985-1987)

Rośnięcie

Zacząłem rosnąć. Bez kontroli. Najpierw spuchła mi głowa. Była wielkości dojrzałej dyni. Potem dłonie zamieniły się w łopaty. Towarzyszyło temu obfite wydzielanie się potu. Bałem się o stopy. Co będzie, gdy zaczną się pocić? Ale nie. Stopy nie zostały dotknięte tą – nie będę ukrywać – chorobą. Siódemka jak była, tak była. Za to tułów wydłużył się jak teleskop. Zmierzyłem się. Metr dziewięćdziesiąt siedem, dwa metry pięć, dwa piętnaście.
Zadzwoniłem do znajomego lekarza, chirurga. Przyszedł ze skalpelem i narkozą.
– Nie bój się, zaraz będzie po wszystkim.
Nadciął głowę, dłonie, tułów. W przebłysku świadomości pomyślałem – jakim prawem patroszy mi części mojego, nie da się ukryć, ciała. Poczułem klapsa na lewym policzku.
– Już po zabiegu. Możesz przejrzeć się w lustrze.
Wpadłem do przedpokoju, obejrzałem dłonie, tułów, głowę. Były takie jak dawniej. Zmierzyłem się. Metr siedemdziesiąt pięć. Jak dawniej.
– Dziękuję ci za pomoc – powiedziałem znajomemu lekarzowi.
– Drobiazg. Musisz tylko coś zrobić z tymi papierami.
Rzuciłem się na stertę książek, która – daję głowę – nie leżała przedtem na dywanie.Astronomia Rybki, Sonety Szekspira, Mdłości Sartre’a, Prolegomena Kanta – czego tam nie było.
– Skąd to się tutaj wzięło? – chciałem zapytać lekarza, ale on już wyszedł.
Nie pozostało mi nic innego, jak ułożyć książki na półce. Po drodze spojrzałem w lustro. Z ucha wychylał się skrawek gazety.

Grudzień 1985

Przycisk

Stał. Był w korzystnym położeniu, bo akurat ich nie było. Może na tydzień. Może na minutę. Oni nigdy nie mówili. Oni robili. Myślał o nich: „Przyjdą, nakarmią; przyjdą, uderzą; przyjdą, nacisną przycisk”. Bo tak naprawdę nie myślał o nich jako o nich, raczej o nich naciskających przycisk.
Stał bez ruchu. Wodził oczami. Jego wzrok wyznaczał zasięg poznania. Przycisk był poza nim. Nie ma ich – nie ma przycisku. Może już nie przyjdą, nie nacisną. Ale kto nakarmi, kto uderzy? Byle nie naciskał.
Naciśnięcie przycisku budziło w nim wspomnienia z dzieciństwa. Obrazy, obrazy… Tak, wiedział to – nienawidzi. Nie ich, nie przycisku, ale pierwszych pięciu lat życia. Ale był przycisk. Byli oni. Był on. Stojący.
Stanie nie było celem. Było kompromisem. Między nim a nimi – nieobecnymi, nienaciskającymi. Pierwsze pięć lat życia też było kompromisem. Nie wiedział między czym – nie było wtedy jeszcze przycisku. Chyba karmił go ktoś wtedy, bił go ktoś wtedy. Przycisk był też kompromisem. Był czymś więcej: iluzją, fragmentem, halucynacją.
Oni już chyba nie przyjdą. Nie ruszał się. Stał. Na przycisku.

Grudzień 1985

Judasz

Przechadzałem się po ulicy. Bez celu. Nie miałem zegarka, ale chyba była pierwsza w nocy. Zaspany radiowóz przeoczył zataczającego się faceta. Był z tych, co to nie mają wieku.
– Policaje! – krzyknął tonem przypominającym zgrzyt skręcającego tramwaju.
Radiowóz zignorował wroga klasowego i majestatycznie potoczył się w ciemność. Facet – nie rezygnując z próby nawiązania kontaktu interpersonalnego – zwrócił uwagę na jedyną żywą istotę w okolicy. To znaczy na mnie. Spotkanie było nieuniknione, toteż nie próbowałem przejść na drugą stronę ulicy. Twarz faceta przybliżyła się do mojej, podczas gdy reszta ciała wykonywała ruchy przypominające chorobę świętego Wita albo figury kung-fu. Poczułem zapach konserwowych ogórków, mirindy, vistuli i czegoś tam jeszcze.
– Policaje! – to było przeznaczone tylko dla mnie. – I biją – dodał filozoficznie.
Nie wiedząc co odpowiedzieć na tak jednoznaczne stanowisko mojego interlokutora, bąknąłem pod nosem:
– Pan to trochę… tego… zmęczony. Mogę pana odprowadzić na postój taksówek – zaofiarowałem się.
Facet właśnie zmieniał ustawienie nóg i widocznie zajęcie to nie pozwoliło mu docenić mojej dobrej woli.
– Nie ma już Pana – wygarnął.
– Mnie? – zapytałem, nic nie rozumiejąc.
– Nie pana, ale Pana naszego – próbował wyjaśnić.
Coś mi zaczęło świtać w głowie. Usiłowałem uporządkować wiadomości zdobyte na lekcjach religii.
– To jasne – wtrąciłem niepewnie. – Pan umarł na krzyżu za nasze grzechy.
– Pan mnie nie zna – warknął nie na temat.
– Oczywiście, że nie. Nie przedstawił się pan jeszcze – rzuciłem zaczepnie.
– Pan mnie nie zna – powtórzył z naciskiem na mnie. – Ale oni mnie znają. Te policaje, cholera. Zgarnęli mnie wczoraj pod Peweksem – powiedział z łagodnością ekshibicjonisty.
– To pan jest waluciarzem? – zapytałem, wykazując spostrzegawczość.
– To nie tak, panie – sprostował. – Mam tylko trzydzieści srebrników, a nikt ich nie kupuje. I na dodatek nie wiem, po jakim kursie je sprzedawać. A może pan wie? – wyraził nadzieję.
– Nie wiem – odparłem krótko i szybko oddaliłem się w kierunku domu. Facet przypominał bowiem stryja z Ameryki, który nigdy nie przysłał mi ani dolara.
– Swołocz – pomyślałem. – I to jeszcze srebrniki. Srebrniki, cholera.

Wrzesień 1985

Czyściec

Bałem się tego pogrzebu. Salowa mówiła, że nie wezmę w nim udziału. Ale któż by jej wierzył – nie była przecież salową.

Ale zacznę od początku.

Dwa tygodnie temu zobaczyłem w skrzynce zieloną kopertę. Nie muszę dodawać, że lubię swoją skrzynkę, zwłaszcza że zwykle bywa pusta. Klucz do niej miałem tylko ja. Czekałem dwa dni. List uparcie leżał na swoim miejscu. Gdyby była w domu żona czy matka (nie pamiętam która jest którą, zresztą nie wiem czy istnieją), musiałbym wyjąć list, otworzyć kopertę i odczytać znaną mi treść. Ale ich nie było (może nigdy) i uważałem, że miejscem listu jest skrzynka.
Po dwóch dniach pod mój (tak mi się dotychczas zdawało) dom podjechał kogut. Zanim zdążył zapiać trzy razy, było już po wszystkim.

Trafiłem, za sprawą dwóch aniołów o nienaturalnie rozrośniętych głowach, do salonu poetyckiego (który niektórzy nazywali czyśćcem). Przywitał mnie Stach. Nie zaskoczyło mnie to – Stacha dobrze znałem. Byłem nim tydzień temu. W salonie sami znajomi: Bóbr, Wiechu, Kapiszon i inni, którzy zawsze partaczą licytację.
Stach zagaił: – Proszę państwa. Oto powrócił do nas z zagranicznych wojaży… – wiem co chciał (chciałem) powiedzieć.
Kapiszon: – To może partyjkę?
Ja: – Jestem apolityczny.
Bóbr: – Jak zwykle nas obraża.
Ja: – Jeżeli tak, to zmieniam salon – (grałem w dzieciństwie na akordeonie, więc była to poważna groźba).
Wiechu: – Wy tu jak w chlewie, a pegazy?
Nie wiem co chciał przez to powiedzieć – zawsze zachowywał coś tylko dla siebie. Próbowałem perswazji, ale na Wiecha nie było sposobu.
– Idą Madonny z opłatkami pociechy!
Na ten okrzyk pochowaliśmy rękopisy – wstyd powiedzieć – za kalesony i zaczęliśmy udawać cierpiące dusze. Czyściec to czyściec, a za poezję grozi czapa.

Rano umarł Stach. Wiedziałem, że ten tydzień, który pozornie nas dzielił, nie liczył się. Przykryli Stacha prześcieradłem i wynieśli do publicznej umywalni. Każdy, kto tam wchodził, mył mu zęby, czyścił paznokcie, wiecie jak to bywa.
Mój kontakt ze Stachem nie różnił się od rutynowych uprzejmości – podejrzewałem go od dawna. A więc: rąsia, wypróżnienie (wspólne do umywalki) i reinkarnacja. Stach protestował mniej niż zwykle i po pięciu minutach byłem już po ablucji.
Niestety, salowa (o której już mówiłem, że nie jest salową) czekała na mnie przy wyjściu z umywalni. Zasłoniłem się ręką, ale nie, salowa była dziwnie spokojna (może wiedziała, że czeka ją coś gorszego niż czyściec). Wręczyła mi kartkę ze złotymi literami. Widniało tam moje (Stacha) nazwisko, termin pogrzebu etc. Nie interesowały mnie wydrukowane obok paragrafy i ustępy o doprowadzeniu przymusem.

– Ha! – zaczął Kapiszon. – Był Stach i nie ma Stacha.
Nie wiedział, jak bardzo się mylił. Nie miałem mu tego za złe – byliśmy przecież w salonie poetyckim. To nic, że był to czyściec.
Zauważyłem na stole kilka kartek ze złotymi literami, identycznych jak moja. Bóbr zaczął je zawzięcie tasować.
– Na kogo padnie, na tego bęc.
Wiedziałem, że padnie na mnie. Już dawno padło, gdy byłem Stachem. W moim mózgu zaszły procesy prawie nieodwracalne. Tkwiłem między salonem a Stachem, między talią kart a kartkami ze złotymi literami. Na nic zdałyby się stare metody – wydrapanie napisu na szybie, czy wizyta u naczelnego anioła.
– Panowie. Trzeba uczcić Stacha jakimś poematem – zaproponował jeden z tych, którzy bywali u aniołów co tydzień.
Nikt nie oponował, gdy rozdawano kartki i długopisy.
– Najlepszy wierszyk pójdzie na pogrzebie.
To zmobilizowało prawie wszystkich, nawet aroganckiego Wiecha. Ja poszedłem na całość. Napisałem wiersz mojego (Stacha) życia, zawierający się w dwóch literach: JA.
Po publicznym odczytaniu wierszy Kapiszon zwrócił mi uwagę, że krótkie formy – owszem, ale o wiele lepiej bym zrobił pisząc: MY. Puścił do mnie oko, na pewno chodziło mu o anioły. Ale one już wszystko wiedziały.

Właśnie wtedy salowa, która (co już wiem na sto procent) nie była nie tylko salową ani Madonną, ale nie powinna pokazywać się wśród aniołów, powiedziała mi, że naczelny anioł zrezygnował z mojego uczestnictwa w pogrzebie. Było mi to na rękę, ale wiedziałem, że to blaga.
Kondukt wyruszał w południe, miałem więc jeszcze trochę czasu. W salonie wszyscy ubrani na czarno traktowali mnie jak enfant terrible. Jedynie Kapiszon szepnął mi na ucho:
– A nie mówiłem…
– Panowie, do samochodu! – krzyknął stojący w drzwiach jakiś podrzędny anioł.
Zrozumiałem, że zły duch zawładnął czyśćcem.

Ksiądz odczytał wybrany wiersz, zupełnie nie trafiający w sedno, który kończył się strofą:
Byłeś z nami,
z aniołami.
Wielki Stachu
idź do piachu
.
Grabarze, o których Stach mówił, że są na usługach aniołów, wyryli płytki dół (wiem po co). Trumna trafiła do szczeliny, a ja (Stach) uczepiłem się wieka. Nikt na to nie zwrócił uwagi; chyba pozostali tylko grabarze. Systematycznie zanurzałem się w ziemi, ale nie przeszkadzało mi to.
Gdy nie słyszałem już żadnych odgłosów, zastukałem do trumny. Nikt nie odpowiadał. Zrozumiałem więc, że Stacha tam nie było. To moja obecność w dole była pożądana. I moja wiara w wędrówkę dusz.

Na zakończenie dodam, że trzymam teraz z diabłami. Wolę ich od aniołów, wiedzą przynajmniej, czego chcą. Nie ma u nich salonów, a piekło nie jest gorsze od czyśćca. Czasami siada koło mnie diabeł i częstuje wódką.
Nie myślę już o Stachu. Za dużo mu z siebie dałem. A on tak mi odpłacił.

19-20 października 1986

Nauczyciel

Trafiłem do jakiejś bramy. Facet mieszający cytaty i alkohole tłumaczył mi:
– Jesteś. Na początku był Chaos. Chaos jest podstawą dobrego koktajlu. A więc siup.
Siupnąłem, co miałem robić. Siupnąłem aż mi napęczniała głowa. Co mi tam czyjeś ręce (pewnie opiekuńcze) doprowadzające twardym narzędziem moją głowę do porządku, a kieszenie do stanu naturalnego, pierwotnego.

– Kto zapalił światło? – zapytałem człowieka w czarnym surducie.
Człowiek ów był (jak przypuszczałem) milczkiem, chyba bardzo rozdartym wewnętrznie. Ale rozbierające mnie światło było niewiadomą. Wobec płynących lamp, wobec błysków samochodów.
Nie znałem światła. Owszem, w bramach mają latarki, a przy księżycu czy gwiazdach nawet one są niepotrzebne. Lubiłem zanurzać się w nowe i je nazywać. To ja pierwszy powiedziałemmehr Licht, to ja wydzwaniałem do drzwi, obcych drzwi, niosąc Dobrą Nowinę. Pierwszy raz jednak znalazłem się w sytuacji nie wyjaśnionej do końca. Może dotyk mnie nie zawiódł? Ale palce kończyły swoją drogę na metalu i płótnie.
– No to pospaliśmy sobie – powiedział ten w czarnym surducie.
Brzmiało to sztucznie i dla mnie pozostał on milczkiem. Nie wystarczy mówić ot tak, trzeba powiedzieć coś konkretnego. Na przykład w telewizji, jak mówią, że program dobiegł końca, to wiem, że muszę stanąć na baczność i wcisnąć gałkę. Ale ten w czarnym surducie chyba nie ogląda telewizji. Nie wie, co to światło. Nie umie mówić.

Moje kontakty z Czarnym (tak teraz nazywam faceta w czarnym surducie, który wcale nie jest czarny i nie jest surdutem) rozszerzyły się. Postanowiłem nauczyć go mówić. Szło mi to opornie, ale on wydawał się być pojętnym uczniem. Nazywał mnie Nauczycielem.
– Jak stolec, Nauczycielu? – widzicie sami, jak mało sobie przyswoił.
– Rośnie, jak guma w rosole – próbowałem go zabawić.
– Piszemy zero – Czarny chyba trochę pojmował.
Już po pierwszej lekcji przyznał mi rację, że ten to facet albo dziesięć. Poza tym pozwalał mi przyjmować gości. Ale skąd ich miałem brać. Z bram, obcych drzwi, klatek schodowych, czy…, nie chcę o tym mówić.

Zmieniłem się, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Czarny miał dla mnie coraz mniej czasu, ale znalazłem nowego ucznia. Byłem nim ja sam. Pod wpływem swoich nauk tak się zmieniłem. Nie zewnętrznie, ale moje myślenie nie było już sinusoidą, a krzywą eksponencjalną. Mój umysł stał się carte blanche gotowym na każdy zapis.
Poznałem słowo diagnoza. I właśnie w moim umyśle było pełno diagnoz. Chociaż tego wszystkiego nie rozumiałem do końca, przewijające się łacińskie nazwy trafiały do mojego poczucia piękna. Dobrze mi tu było.

*

To jest mój ostatni zapis. Iluminacja. Wiem, że urosłem. Straciłem garb. Już mnie nie pokroją, nie położą do łóżka, nie zamkną w skrzyni. Rozumiem, że byłem kamieniem milowym albo pachołkiem przy drodze. Ale już mnie nie nabierzesz Czarny.
Nie nabierzesz mnie Canetti.
Nie nabierzesz mnie Grass.
Nie nabierzesz mnie Donoso.
Ja kłamałem, tak jak wy kłamiecie. Ja zostałem w bramie. Ja zostałem…

5 marca 1987

Erotyk (walka z nihilizmem)

Biała weszła. Poczuła obecność. Snujące się ciepło przypominało jej Nic.
Nic był średnim brunetem, czy średnim poetą. Biała czytała. Uznała, że Nic porusza się w czterech wymiarach. Nic mu jednak nie mówiła.
Ciemność dopadła Białą. Za wcześnie. Nic na to czekał. Ujarzmił materię już w wieku pięciu lat, więc żadna Biała nie była mu przeszkodą. Zaskowytało w powietrzu. Nic podniósł wolę. Rozsadzały go imperatywy. A Biała nic.
Czas zapomniał o rygorach. Biała jaśniała. Nic wolał patos. Wycinki świadomości, zakamarki, błędy, obłąkania, piargi…, ptaki, szumy, porywy, razy…, wyimki. Och!
Klasyczny profil mignął Białej. Jakież to było… Nic w otoczeniu… Poskromiony. Biała poczuła przypływ. Kolorów. Nic osunął się. Zapachniało.

*

W 1912 roku ekipa archeologów odkryła na Podkarpaciu dwa kopce pochodzące z okresu przedsłowiańskiego. W jednym z nich znaleziono kobiecy szkielet i strzępki białej szaty. Drugi był pusty (prawdopodobnie splądrowany podczas najazdu Hunów).

Grudzień 1986

Miniatury

Parter

Parter. Gromada przechodniów za szybą. Wagner.
Lubię parter. Zawsze coś, ktoś. Zawsze gromada. I Wagner.
Przesunięto parter. Zastąpiono. Kaprysił, ale… Wspominać.

Wróciłem. Gromada przechodniów. Wagner. Święto.

Igraszki

Molibden nie kłamie. Może się mylić, ale w granicach jednej dziesiątej procentu.
Astat bardziej elastyczny. Gdy spotka molibden, próbuje go namówić, zmusić. A to już zakrawa…
Paragraf jeden nie mógł znieść igraszek astatu. Wspólnie z paragrafem dziesięć interweniował.
Molibden zamyślił się: – Mendelejew mimo wszystko miał rację.

Program

Defilada jedynek poprzedzała pokazy trójek. Burzyło to program. Niecierpliwe dwójki nie dopuszczały piątek do głosu. A były jeszcze…
Gdy siódemki klaskały, zerwał się wiatr. Nie trzeba mówić o konsekwencjach. Skonsternowane ósemki i dziewiątki wypadły z programu.
Wszędobylskie zera zaprowadziły porządek.

Czyste intencje

Czysty poranek uśmiecha się. Wykonał przecież swoje zadanie. Dwaj panowie uwierzyli w czyste intencje czystego poranka. Słońce zatoczyło świeży łuk. Woda zgodnie z przewidywaniami spłynęła. Dwaj panowie idą przed siebie. W przestrzeń. W czystość.

Kompas

Bawił się kompasem. Nie wiedział, czym to grozi. Kompas jawił mu się jako namiastka czegoś, o czym jeszcze nie czytał. Zarzucił książki. Zaczął czytać kompas.
Po tygodniu był już trzecią półkulą. Po dwóch – drugim wszechświatem, który nazwał KOMPAS.
A kompas? Cóż, był tylko namagnesowaną igłą – głupią i bezwolną.

Dobre wychowanie

Dwie ryby łakomie spoglądały na tłustego robaka. Rzuciły się w kierunku spodziewanego posiłku i prawie jednocześnie zrezygnowały z łatwego łupu. Górę wzięło dobre wychowanie.
Robak obrócił się na haczyku. Rozpoczął konsumpcję od odwłoku.

Racja

Ktoś powiedział, że białe jest czarne.
Sprawdziłem. Miał subiektywną rację.

Stary

Stary ogląda padający na marynarkę okruch światła. Ulica przesuwa się między palcami drzew. Wiatr upomina starego cichymi krokami.
Stary strzepuje światło z marynarki. Czeka…

Maj, wrzesień 1986, marzec 1987

Głód
(1988-1990)


Głód


Snuje się między drzewami,
podkrada do domostw,
zagląda w oczy,
skacze do gardła.

Niby nie ma go, a jaki skuteczny.
Subtelnie narasta. Pulsuje w skroniach.
Ręce opadają, nogi tracą grunt.
Wraca pamięć.

Spustoszone wsie i miasta.
Martwe twarze wpatrzone w błękit trawy.
Dzieci szukające rodziców.

Brat nędzy czai się obok
naszego miejsca na ziemi.


Massleberg, 29 lipca 1989




Nie ma Boga


Nie ma Boga na ulicy.
Światło biegnie od Betlejem.
Zła nowina: pusto wszędzie,
na ulicy leży człowiek.

Krzyczą ręce, broczą oczy,
Cham kamieniem Sema bije.
Gdy zabije serce gwoździem,
będzie święto, bal w operze.

Teraz człowiek
zgina plecy,
krzyż go boli,
już przybity.

I nic nie ma na ulicy.


12 listopada 1989




Jak kropla deszczu


                             Januszowi Drzewuckiemu


Widuję ciebie raz w panicznym lęku,
kiedy indziej śniąc inne lądy.

Rodzisz się i umierasz codziennie;
jesteś konsekwentny jak pory roku.

Masz władzę – decydujesz,
karmisz, udzielasz odpustów.

W cierpieniu i bólu
kryjesz swoje credo.

Twoje zaangażowanie w życie
ulotne jest jak kropla deszczu.

Twoje milczenie jest wymowne –
głośniejsze niż równy rytm serc.

Nie jesteś z tego świata,
nie masz nic z boskości.

Nie umiem ciebie nazwać,
więc pozostań białą kartą.


13 lutego 1990




Nie myśl


Nie myśl,
że coś masz na własność,
przypisane tobie
jak ułomność rzeczom.

Twoje rzeczy i ludzie
mogą świadczyć przeciw tobie
i zniszczyć ciebie
w mgnieniu oka.

Żaden przedmiot
nie należy do ciebie.
Czasami tylko próbuje
się tobie przyjrzeć.


Massleberg, 31 lipca 1989




W naszych przytulnych mieszkaniach


Wielkie życie toczy się za każdymi drzwiami.

W naszych przytulnych mieszkaniach
kwitnie handel, produkcja,
czasem padają ofiary bitew.

Możemy sobie nawet pozwolić
na radykalne zmiany,
bez lęku o utracone pozycje.


Malmö, 7 sierpnia 1989




Żonkile


Szedłem aleją Mickiewicza
w moim brzydkim mieście.
Zimne powietrze wypełniało
przejścia podziemne i płuca.
Przechodnie zatrzymywali się
nad pękiem żonkili kwitnących w blaszance.

Odetchnąłem głęboko –
miasto zamknęło się w pąk.


29 kwietnia 1990




Nasza mała łódź


                                      Arlindzie


Białe piaski zasypują morze,
wyłania się brzeg rozpalając słońce,
w górach nagle umiera wiatr.

Nasza mała łódź zabłąkała się
w szerokich ulicach wielkiego miasta.
Już nie słychać szumu fal.

Jutro powitają nas fiordy i białe noce.
Zapomnimy o murach i granicach.
Urodzimy się na nowo w jednej rodzinie...


24 sierpnia 1990




Formalina


Wydzielał zapach formaliny
podobny do woni przewożących go
pracowników przedsiębiorstwa komunalnego.

Jego ciało wypełniały dni:
pierwszy – okruchy na stole,
drugi – ta ruda z pociągu,
trzeci, czwarty – nie różniące się od nocy.
Dzień, kiedy poczuł, że ma mięśnie.
Wesela, pogrzeby, chrzciny
i nowy telewizor za sześć tysięcy.

To naprawdę nie nadaje się na nekrolog.


26 lutego 1988




Craig Raine wysyła kartkę do domu


Polacy mają skomplikowane mechanizmy,
oddane obcym, na swoich nieczułe.

Czasami udają, że wiedzą mniej
niż potrafią zrozumieć,
choć wiedza ich jest książkowa.

Zadają ból nieświadomi ostrości noży.
Języki ich są giętkie, mowa wyraźna
i krzyki słychać pod oknami.
To ich skłonność do sentymentalizmu.

Moja żona ceni Polaków
za ich szczerość i zainteresowania.

Jak na naród europejski są zbyt toporni,
ciosani chyba z kamienia.

Gdybym zobaczył ich na Wyspie Wielkanocnej,
nie zdziwiłbym się, tylko zamknął oczy.


Łódź, 16 grudnia 1988




Niech się pan nie martwi


Pozwalam sobie na zuchwałość
przekazania panu paru słów.
Pański naród wyemigrował
tam, gdzie nie docierają fale eteru,
a nieliczne jednostki,
które dochowały panu wierności,
knują spiski
(nie mające zresztą większego znaczenia).
Dzieci piszą na murach,
dorośli płodzą dzieci.
Przyrost naturalny poprawia się
za sprawą zagranicznych marynarzy.

Niech się pan nie martwi:
stan i morale pańskich służb są bez zarzutu.
Może pan nawet nie trudzić się myśleniem
o swoim wypielęgnowanym i sytym narodzie.


2 lipca 1989




Między światem a wyobraźnią


Plama miasta za szybą
błyszczy między światem a wyobraźnią.
Nasze mieszkania są zagrożone
przez afgańską wojnę domową.
Lepka maź błota i mazutu
pochłania drobne istnienia.

Wypuść Panie gołębia w morze samochodów,
aby padła jasność cieniem krzyża.


11 lutego 1990




Krajobraz 1990


Otwarta na ból, oparta na miłości,
zdarta do bruku szarych ulic
oddajesz się przybyszom.

Czekasz na nadejście bieli,
aby wilgotne twarze kart
przybrały barwy przedwiosennego nieba.

Wywabiasz z map plamy wina,
w nieskalane wierzysz kraje,
chowasz miecz głęboko,
oddalając wniwecz sny o potędze.

I niech tak już będzie...


17 lutego 1990




Kobiety, które zamieniłem na politykę


Miasto otworzyło swoje wnętrze
ziejąc pociskami i jadem.
Pozostały tylko zgliszcza
i parę słów, parę kobiet.

A – armia, Anna;
B – broń, Beatrycze;
C – czołg (zapomniałem, że zeszłej nocy
widziałem Adolfa Hitlera
o twarzy mojej żony).

Miasto jest nieśmiertelne.


24 sierpnia 1990




I tylko deszcz


Poeci nie stoją na wysokości zadania.
Piszą o rozmaitych sprawach
nie przystających do rzeczywistości,
która ich przerasta.

Poeci żywią nadzieję
na nastanie lepszych czasów,
kiedy będą lekarzami dusz.

Poeci mało co rozumieją.
Niewiele nauczyli się
od rozpędzonej historii,
choć mówią, że dają świadectwo,
a słowa nie można zabić.

I tylko deszcz padający w tej chwili
ma rację,
której nikt nie podaje w wątpliwość.


Massleberg, 30 lipca 1989




Sumienie
(1997)


Sumienie


Rzeczy nie mają dusz
i często się psują.

Twoje myśli dają im życie,
choć dla nieba
nie ma to żadnego znaczenia.

W jednostajnym ruchu
solidarnie pokonujecie
bezwładność i siłę tarcia.

Sumienie nie pozwala ci nigdy
ich zabić.


31 października 1997




W zaciszu gabinetów


To, co dobre, to dziecko w nas.

Ono nie zna dialektyki
ani innych obcych słów.

Uczy się szybko
mniejszego zła i albo-albo.

Skazane na samotność
dojrzewa w cieniu umierających idei.

Gdy się przypadkiem pojawi
w wyrazie twarzy lub tonie głosu,
wtedy usuwamy (w zaciszu gabinetów)
wszelką myśl o nim.


20 października 1997




Istota


Celem każdego działania
jest dotarcie do istoty rzeczy.

Gdy ją nazwiemy,
przestanie nas interesować.


2 maja 1997




Pokolenie


W nocnym sklepie
śpiewa ci do ucha
pijany Jim Morrison
poklepując po plecach.

– You are a good friend – powiada,
a na ulicy zebrała się nasza klasa
(z ballady Jacka Kaczmarskiego).


*

Grali Doorsi przy tanim winie,
wróciły lata siedemdziesiąte.

Zasnąłeś snem alkoholika,
gdy Jim Morrison śpiewał o miłości.


Maj-czerwiec 1997




Droga do Białego


Nasze codzienne sprawy
utonęły w deszczu i powodzi
(rząd jak zwykle się spóźnił).

Dolina Białego otworzyła nam
drogę do wartości,
których nie da się zmierzyć.

Powrót będzie możliwy
w obie strony.


Zakopane, 12 lipca 1997




Widok z okna


Dochodzi szósta nad ranem.
Zimne powietrze owiewa rabaty,
na żer wychodzą sarny i łosie;
las pilnuje status quo.

Życie powraca na dawne pozycje.
Po łące biegną myśli i dzieci
rozszerzając swoje miejsce na ziemi
(prawo przetrwania).

Świat skurczył się do wielkości orzecha.


Massleberg – Łódź, sierpień-październik 1997




Skała (epoka brązu)


                             Harry’emu Holtmarowi


To stało się naprawdę
w skandynawskie lato stulecia.

Na zdjęciach: jedenastoletni Łukasz
i trzyletnia Ania w różowej sukience.

Łukasz leży na skale.
W długiej łodzi dwaj mężczyźni z dzidami
walczą o kobietę. Obok psy (lub wilki)
i szarpiący się w sidłach jeleń.

Przy grobie megalitycznym
stoi nieco zdziwiona Ania.
Na górnym głazie
kucnął uśmiechnięty Łukasz.

Drzewa przechodzą w las
pełen dalszych grobów.
Jest trochę cienia.
Za chwilę spadnie deszcz.


13 listopada 1997




Ania


Jesteś bezimiennym darem
sprzed milionów lat.
Ukryte w tobie myśl i ciepło
sięgają w jutro.
Nie wiem, czy mnie TAM nie ma,
ale chyba wrócimy TU razem.


1 maja 1997




Pamięć


Spadł pierwszy śnieg. Cmentarz jest blisko.
Czas zredukował się do kilku dat.
Umarli wyciągają do ciebie zziębnięte dłonie.

Zapalasz pamięć. Daje ci to poczucie stabilizacji;
na jakiś czas straciłeś z oczu swój los.
Daj Bóg, abyś ich dobrze poznał.


1 listopada 1997




Wolność i wiara


Możesz mnie zabić

Bracie w krwi Chrystusa
wybacz mi, że stoję ci ością w gardle,
bośmy krew z krwi, kość z kości.


Jugosławia

Gdy zabraknie miłości,
tam bliźni staje się twoim celem
na tarczy.


*

Nie zmienisz historii,
choćbyś zaklinał ją
w imię prawdy historycznej.


*

Czasie przeszły dokonany
spustoszeń i zbrodni,
ja – ocalały zapalam świeczkę
u grobu Pana.


*

Cisza następuje po głośnych słowach.
To znaczy, że nic nie ulega zapomnieniu
i przedawnieniu.


*

Wiaro ojców i moja
pozwól zapomnieć,
że nienawidziłem,
i pamiętać.


*

Wybacz mi Panie,
że stale Ciebie wypatruję.
Napiętnowany, że aż ślepy.


*

Wolność i wiara
pozwalają dotrzeć
do granic.


Czerwiec-lipiec 1990, styczeń 1997




Inwazja dobra


Kończy się era, ale nie ziemia.
Liczy się jutro,
a przeszłość jest twoją moralnością.

Nie ma świata bez miłości,
więc nie trać sił na zło –
będziemy razem pełni wspólnoty.

Jesteś już wolny
dwa tysiące lat.


Maj-październik 1997




Spis wierszy


Słowo
(1984-1986)

Słowo
Nauka
Piękno
Trzy obrazy
Pieta Sebastiana del Piombo
List eklektyczny
Żona poety
Łukasz
Wyznanie miłości


Znak
(1982-1987)

Znak
* * * [Walec gniecie świat...]
Bestia
Krzyż
Fragment
Cień
Polityka
Koronacja
Sąsiad powiesił się
Wielkie pranie
Wyszedłem z domu
Błąd
* * * [Co nam pozostało?...]
Wyścig Pokoju 1987
* * * [Zamknięty w ciemności...]


Czyściec
(1985-1987)

Rośnięcie
Przycisk
Judasz
Czyściec
Nauczyciel
Erotyk (walka z nihilizmem)
Miniatury


Głód
(1988-1990)

Głód
Nie ma Boga
Jak kropla deszczu
Nie myśl
W naszych przytulnych mieszkaniach
Żonkile
Nasza mała łódź
Formalina
Craig Raine wysyła kartkę do domu
Niech się pan nie martwi
Między światem a wyobraźnią
Krajobraz 1990
Kobiety, które zamieniłem na politykę
I tylko deszcz


Sumienie
(1997)

Sumienie
W zaciszu gabinetów
Istota
Pokolenie
Droga do Białego
Widok z okna
Skała (epoka brązu)
Ania
Pamięć
Wolność i wiara
Inwazja dobra