Którego nie napiszę

Marek Czuku


Którego nie napiszę


Fundacja ANIMA, „Tygiel Kultury”
Łódź 2003




BETON PRZESTAŁ CIĄŻYĆ


Iks wpatrzony w beton. Oczy tworzą konstrukcje. Miraż potęgi i harmonii. Mimowolna analiza. Wszak drzemie tam kwarc.
Iks ma zegarek kwarcowy (klepsydra też kwarcem przemija). Ręka bezwładnie kreśli w powietrzu pętle. Ściany puchną – dewaluacja betonu. Okno mami epileptycznymi podrygami ulicy. Władzy!…
Drętwieją przełyk i trzewia. Iks nie jest sobą; pomyłka istnienia. Wyjść do człowieka, którego nie ma. Pustka. Drżenie opuszków palców gniotących kadłub pióra. Bezkarny atrament.
Iks traci kontakt z pokojem. Jego wymiary były jedynym kryterium substancjalności iksa. Obsesyjny dylemat: biologia czy abstrakcja. Spać.
Lęk. Iks już nie walczy. Ciało jak stygnąca lawa. Beton przestał ciążyć. Będzie jutro…

*

Iksowi zabrano prawo do mowy, oddychania, jedzenia, życia. Mówi teraz brzuchem, oddycha uszami, je odbytnicą, a żyje tym, co laicy nazywają śmiercią.

*

Iks krzyczy. Pięści mu amputowano, język również. Ich brak nie doskwiera iksowi, bo nie znalazł się nikt, kto by potrafił amputować krzyk.

*

Iks uczy się fruwać. Ręce w ruch, uszy w ruch. Przefrunął poranną prasę i Krytykę czystego rozumu. Dali mu zastrzyk. Przefrunął sen i facetów w kitlach. Lot iksa byłby rekordem w dziedzinie pokonywania absurdów, gdyby nie ten permanentny brak skrzydeł w sklepach.

*

Iks schował żyletkę, sznur i gaz do szuflady. Tak mu poradził lekarz.

*

Iks nosi w portfelu serce. Niestety, nigdzie nie chcą mu go rozmienić.

*

Iks utonął w błękicie oczu. Banał był mu kamieniem u szyi.

*

Nieporuszona cisza. Niczym – gestem, słowami, podmuchem. Przemyka iks między wierszami:
– Mnie tu jeszcze nie było.
Ciężar wszystkiego. Katastrofalny brak indywidualności. Iks zamyka przeczytaną książkę, zapisuje. Kontrola jakości, wewnętrznej. Koniec dyletanckich rozmyślań. Bałagan. Kołysać, ach bujać…
Wiele się zmieniło. Iks pozuje, nauczył się. Kropka w dowodzie poczytalności.
Iks ma wszystko za sobą. Dyszy:
– Czy TAK trzeba było?
– TAK, TAK – to serce…

1982-1984




JESTEM JAK DAWNIEJ


Jestem


Wpisany w preambułę czasów,
zaznaczony czarnym flamastrem
w kartotece narodów,
wróżący z fusów barbarzyństwo dni,
notuję:

Jestem jak dawniej –
oseskiem uczącym się mówić
rozszczepienie (jądrowe, świadomości);
skąpym egoistą wygrzebującym mumię
z odpisu aktu własnego urodzenia;
bękartem spłodzonym
na odpadającym parapecie
bezradności;
kapitanem roztrzaskanego okrętu
w oceanie śliny;
kompozytorem symfonii kalamburów
i innych środków znieczulających;
jednym ze wszystkich pojedynczych
chodzących po chodnikach historii.

Ja się naprawdę nie zmieniłem.


*

Piszę. Boli mnie każde słowo
wydobyte z kamieniołomu milczenia.
Mam rękę na temblaku tradycji.
Trawię papierowe kule czasu.
Trwam przy biurku, które
barykadą jest; które
broni, chroni, a nawet karmi.
Rozdaję uściski jak sczerniały prorok,
zachowuję pozory, pytam, błądzę.

Ale ja nie tego chciałem.


*

Wątpię w fabryki
konające we mgle.

Myślę o pustyni
w domach zadżumionych.

Stworzył mnie podmuch dymu
w ciszy wołania.


1986




Widzenie


Wypełniam rubryki:
nie dotyczy,
nie posiadam,
nie należę.
Cały w paragrafach
i w papierze.

Komputer wyrzuca
same zera.


*

Kształtu już nie pamiętam.
Beznamiętność zabrała
obraz ginącego księżyca –
tego szarlatana zakochanych.

Widzę tylko
astro-hiper-stereo
skomputeryzowane serce
w wersji dla niesłyszących.


1984, 1985




Rola poety
w specyficznych warunkach


Karabiny rozdano.
Kawałek po kawałku
kruszy się tradycja.
Powstaje nowe słowo:

W jak wróg,
O jak okop,
J jak jeniec,
N jak napalm,
A jak apokalipsa.

A ja – pacyfista z kategorią E
będę pisał wiersze
o filozoficznych aspektach
kampanii rozbrojeniowej.


1985




Pragnienie


Co miesiąc dopada mnie
drapieżne zwierzę
pachnące chlebem.

Przebrane za listonosza
łasi się
recytując Słowackiego.

Traktuję je jak człowieka.
Muszę przecież żyć.


1986




Nieznajomy


Nie znam ciebie.
Przychodzisz codziennie,
wycierasz buty,
myjesz ręce,
mówisz dużo i bezboleśnie.

Nie znam ciebie
ociekającego śliną
wytwornych konwenansów;
pragmatycznego partnera
niewygodnych nazwisk;
pompatycznego uczestnika
jubli, bib, popijaw;
konserwatywnego czytelnika
modnych lektur.

Nie znam ciebie,
gdy wstaję rano,
przeglądam się w lustrze
i czytam gazetę.

Nie znam ciebie
moje alter ego.


1985




Ja się zgadzam


Ja się zgadzam, na co mi pozwala
aparat nasłuchowy sprowadzony
za dolary w celu użycia zgodnie
z instrukcją obsługi ukrytą przed
dziećmi nieświadomymi skutków
uszkodzenia urządzenia tej klasy.

Ja się zgadzam. Ze wszystkim
mam kłopoty. Czas niepewny.
Pogodę psuje przemarsz chorej
wyobraźni wycelowanej w moją
totalną zgodę.


1988




Polonia Restituta


To awangarda – mówi smakosz
Robbe-Grilleta, ostryg, Kandinsky’ego,
Paryża, Johny Walkera, Nowego Jorku.

To naprawdę niesamowite –
mówi kobieta w toalecie
Coco Chanel.

W tym coś jest –
mówi wydawca w trakcie zmiany
skóry.

Maszeruje ariergarda.
Bije werbel –
kaszle zapóźniony przechodzień.


1986




Wiersz antykoncepcyjny


Nie dla was
kasza wyzwolonych dźwięków,
morze zegarów na ustach,
dziewczynka z zapałkami
(która jest już babcią z papierosem),
barwa witalna konających saren.

Nie piszę dla was
żadnego plugawego
ani sterylnego słowa.
Ja choruję, wyszedłem z domu,
zamknąłem usta w pięść.

Nie zmusicie mnie nawet
do wykaszlania dla was
requiem.


1986




Wiersz, którego nigdy
nie napiszę


Chciałem wydobyć ciszę
z miejskiego powietrza,
pozostawić ślad inny
niż linii papilarnych,
odczytać historię wspak i wszerz.
Nie potrafiłem.

Zapomniałem o portfelu pełnym
komunikatów i koniunktur,
o telefonie wydzwaniającym requiem
tym, którzy wychodzą rano
po chleb.

Nie napisałem testamentu
dla ubogich
ciałem i duchem.
Nie wykpiłem zrywających łzy
z drzewa mądrości.

Ja – despotyczny demokrata
odrzuciłem kołdrę stereotypu miłości,
ogłuchłem, oślepłem, straciłem głos,
ale nie powiem nigdy,
że umarłem.


1986




Obcy


Jestem, abym żywił nadzieję,
choć wokół wióry lecą.
Jestem, abym kradł złudzenia,
a wyciągnięte ręce opadają.

Moja istotność jest poddawana
ciągłym próbom ognia i wody.
Moja stabilność wisi na włosku
pod toporem.

Jestem i będę wam wokół
skaczącego po ulicy serca.


1989




TYLKO WE ŚNIE


Nie zabieraj mi nocy.

Noc jest narkotykiem.
Pod jego wpływem
płynę po wzburzonej rzece zdarzeń,
które się nie zdarzyły,
które się nie wyśniły.

Noc jest jaśniejsza od dnia,
a jej ciemność,
puszysta i kolorowa jak czerń,
otula muślinową powłoką
spragnioną jaźń
i strudzone ciało.

Nie krzycz na mnie,
gdy zamykam się
w klatce nocy.


1983




Sen matki


A więc jesteś.
Nazywasz się Kajus, a może Adam.
Szepczesz: Jam twój pierworodny.
A ja nie słyszę spieczonych ust,
nie czuję bolesnego pocałunku.

Zostawiasz niedopitą herbatę
i wracasz
tam, gdzie warczą czarne sowy.

Będę czekać. Spotkamy się
za następne dziewięć miesięcy.


1985




Sen żołnierza


Widzę pola zbóż, min, bitew
i las wmalowany w padające race,
gdzie śpi kanonada
zakrzepłych oddechów.

Podniosę się, aby przekuć
lemiesze, róże,
ręce młodzieńczo nieskore.

W tornistrze noszę miecz
i zabitego gołębia.


1985




Sen chorego


Znowu ten zegar.
Dlaczego tak biało?

Nic mnie nie boli
oprócz winy,
którą noszę jak talizman.

Jeszcze jeden ruch.
Jeszcze jeden gest.
Już jestem gotów.

Talizman wieszam
nad pustym łóżkiem.


1985




Sen więźnia


Dzień, noc, dzień.
Okno – jedyny bóg.

Pytania:
długie jak wyrok,
ciężkie jak zima,
surowe jak woda,
brudne jak kibel.

Wymykam się ścigającym,
gdy sięgam po zakazany owoc
słońca.

Już pora,
gdy dzień i noc
to jedno.


1986




Sen emigranta


Zimno wdziera się do mieszkania.
Nie potrafię nawet zapobiec
pełzaniu cieni po podłodze.
Przeszłość brutalnie
piętnuje moje ciało,
a wszystkie wspomnienia z kraju
mieszają się w bełkot.

Zamiera mi już na ustach
pęczniejące w gardle
moje polskie imię.


1989




Nagroda Nobla


Przeszły noce bez zmierzchów,
kona dzień na podeszwach,
a ja czytam rejestr nazwisk
i śpię.

Śni mi się Witek –
noblista śmietników,
potrafiący oswoić
szczura z żabą.

Oglądam twarze liter,
nasiąkam dymem światła.
Dynamit w sobie mam –
nie z książek, ale z miasta.

Sen zakłóca mi jedynie
staruszek we fraku i z wagą.
A jutro przeczytam w gazecie,
że Polak znów Nobla nie dostał.


1986




Sen o H.


W turkocie kół pociągu
pojawił się
niepozorny młody człowiek.

Nie był siwy ani chory.
Niczym nie przypominał
poetyckiego herosa.

Dużo palił.
Mówiąc o nim zasnuł noc
nieprzeciętną przeciętnością.

To nie był on.
To tylko sen
o jego cieniu.


1986




O, prześliczna!


O, prześliczna –
ocalała z pożogi ust,
spacerująca barokowym traktem,
pojawiająca się
w kubistycznych toaletach,
podnosząca głos,
gdy płoną stosy książek.

Wyczaruj mi biel
gotową na przyjęcie czerni.
Ugaś pragnienie rycin
albo ciosów w samo płótno.

Niech rozkaz twoich włosów
uniesie mi głowę w chmury
(bez jednej myśli
o szczytach bogów,
ropie naftowej
ani o żadnym rękopisie).

To nie ty umarłaś
w komorze gazowej.
Nie rozdeptali cię żołdacy
z pieśnią na ustach.
Przeżyłaś swoich piewców –
Petrarkę, Schillera, Apollinaire’a...

Zapatrzona w krajobraz
nie widzisz ognia i dymu,
których jesteś sprawczynią
(nie pasują do mitu).

O, prześliczna –
pozwól mi milczeć
o tobie.


1987




Sen poety


U wodopoju pegazy,
jeden z nich osiodłany.

Wskoczę na nie
i pognam do katakumb,
gdzie piją wytrawne wino
Petrarka z Kochanowskim.

Światło w swej niemocy
nie pozwala mi wierzyć
w kwiaty, kolorowe horyzonty,
zastygłe wulkany.

Muszę poruszyć tryby
machiny Leonarda,
która – jeśli istnieje –
zaprowadzi mnie
w świat miedzianych mis
i pieśni truwerów.

Zasuszone gęsie pióro
schowam pod poduszkę.

Nie nazywajcie tego
emigracją wewnętrzną.
To tylko powrót
do źródeł czasu.


1985




* * *


Tylko we śnie królowie noszą
podkute buty i białe pończochy.
Tylko wtedy słychać menuety,
a wiatry sprzyjają banitom.

Tylko we śnie rodzą się
podszyte mlekiem pomarańcze,
losy ludzi mieszają się
z zapachami świeżych owoców,
bydło wraca z jatek na pola,
a muzyka obsesyjnie trwa
przy menuecie.


1988




JESTEŚ BLISKO


Portret


Zarys rąk – krótkie trwanie
królestwa zaklętych gestów.
Kreska tułowia – zastygła w mroku
kolumna grecka.
Usta otoczone puszystością głowy
milcząc mówią o tobie.
Oczy – kropki nad i.


1985




Ukryj mnie


Ubierz mnie w gołębie pióra.
Niech jak ptak lecę do słońca.

Zawiń mnie w szeleszczący papier.
Będę kwiatem chwalącym twoje imię.

Przysyp mnie gorącym piaskiem.
I spod ziemi usłyszysz mój głos.

Ukryj mnie w jednym twoim ruchu.
Zaśpiewamy wtedy wspólną pieśń.

Tylko lękaj się
nazwać to miłością.


1985




Żona poety


Żona poety nosi w sobie wiersz.
Rośnie on wraz z oddechem
dziecka nienarodzonego,
dojrzewa w ruchu ręki
ukazującym błękity.

Żona poety,
kreślona szarościami,
wymyka się antologiom,
kryjąc się w blednącej,
nieskończonej miłości.

Żona poety podróżuje
między kartką a sklepem,
śni o różu drzew i czeka,
a czekaniu jej...


1986




Twój obraz


Powstałaś chyba z wody i morskiej piany,
gdy czas rozszczepiał piasek.

Zastałem cię z mokrą twarzą,
na której bielała natura.

Czaił się w tobie skowyt
witający i żegnający nieznane.

Wzrosłaś w olimpijskim pojednaniu,
między słońcem a księżycem.

Nasze chwile pokornieją,
gdy wymieniamy się milczeniem ciał.


*

Miałem zapomnieć, poczekać.
Witałem płomień,
widząc tylko błysk.

Liczyłem kamienie
spadające z twoich włosów
czy oczu (nie pamiętam).

To nic,
że porysowałaś obraz.
Ja i tak nie patrzę.

Taka twoja perspektywa,
rama i barwa,
jakie mi ukażesz.


1987




Kopia


Jesteś w zasięgu.

Nieruchome oczy biją
napalmem każdego słowa.
Nieruchome usta drapią
kształtem poruszonego zdjęcia.
Nieruchome palce tratują
młotem rozkołysanego tańca.

Jesteś w zasięgu.

Drzesz afisz sumienia –
nie widzisz tego.
Kopiesz grób mądrości –
nie mówisz tego.
Krajesz chleb pychy –
nie dotykasz tego.

Jesteś w zasięgu.

Już cię widzę,
już cię mówię,
już cię dotykam.

A może jesteś kopią
nieruchomej siebie?


1985




Rachunek


A cóż to ja tobie?
A jak ty mnie?

Odwieczne chwyty:
za język, koszulę, sumienie;
za złotówki, dolary;
za przeciętność, charyzmaty, talent;
za wartości, ideały, ambicje;
za dotyki, uderzenia;
za ostatnią wieczerzę;
za krzyki pijane pod oknem;
za kamienie obrane jak kartofle;
za kradzieże – twoje, moje;
za dużo więcej;
za o mały włos;
za choroby, migreny, histerie;
za zapomnienia, przypomnienia;
za zmysły zdarte do rany;
za sny przerywane krzykiem;
za kolory słońc, księżyców, kwiatów;
za książki, filmy, kobiety...

A cóż to ja tobie?
Ja milczenie.
Ja odpowiedź na pytanie
bez odpowiedzi.


1985




Piosenka


Głuchość nieprzytomna
wdziera się, panuje.
Martwość oszukana
kołysze biodrami.

Głuchość jest ostoją
leżącej postaci.
Martwość jest początkiem
lecącego ptaka.

Wśród życiowych kręgów
zasypiam głuchością.
Głuchością na martwość,
która między nami.


1986




Zupa


Pamiętasz?
Wejdziesz na klatkę schodową, wytrzesz buty. Wczoraj tu będziesz czytał gazetę. Grymas. Otworzysz drzwi. Na stole zupa, papierosy. Jutro tu będziesz czytał, jadł.
Ona wczoraj będzie czekała na ciebie. Zapalisz papierosa. Zjesz zupę. Jutro tu będziesz czytał… grymas… zupa. Ona będzie wszędzie: w ścianie, oknie, gazecie. Grymas.
Wstaniesz, obejrzysz film, gazetę… Jutro ona będzie tam. Grymas. Zapalisz drugiego. Wczoraj będziesz szedł do niej… zupa.
Wytrzesz buty. Na stole gazeta. Wczoraj będzie ona. Grymas. Jutro będziesz… grymas.


1986




Miłość


Uwikłany w spiralę
seksu, śmierci,
pluję na aromat szczęścia.

Tarzam się w padlinie,
a ona krzepka i milcząca
nie ma mi tego za złe.


*

Kocham, gdy wykłuwasz mi oczy
miłosnym głosem;
gdy mówisz o raku
drążącym kanały między palcami;
gdy parzysz miętą moje stopy
nawykłe do odcisków
ust.

Dlatego kocham żywego,
włochatego szczura,
który wyżera godziny
z naszych wnętrzności.


1986




Ona


Nie znała zwykłej ziemi
pokrytej mleczem
i chichotem wulkanów.

Dla niej było to tylko światło –
kaleki ranek przywołany szałem
i gniotący nagie ciało.

Obudziła się jak mrok z bajki
o niewinnych dziewczynkach
spod numeru siedem.

Spałem jeszcze
i nie wiedziałem,
co to Demon, a co Bóg.

Śniło mi się piekło.
Strąceni ze stołków
przetrząsali mi kieszenie
licząc na resztę z obola.

Chyba mnie opuścili,
bo bolała mnie głowa
i jej palce kreśliły koło
gdzieś w okolicy moich włosów.

Bałem się.
Ratował mnie uniwersalny banał
wymalowany jej szminką.


1987




Takaś mi dzika


Takaś mi dzika i takaś łagodna.

Dzika – jak dzban brzęczący w studni
na podobieństwo łabędzia za kratą.

Rośnie w brzuch wiosną łopianu nasienie:
takaś mi dzika na perzowej drodze.

Łagodna – jak oset bez liści
i kura, co jajek nie niesie.

Wiatr zza okna idzie. Kąkol błyszczy raną.
Będzie gwarno i... cicho na łożu boleści.


1987




Jak motyl twoje ciało


Jak motyl twoje ciało
otwiera mnie na wołanie natury.
Leżysz niema koło mnie
i nie wiesz,
że wokół krew i milczenie.

Jak motyl – powiadam –
wyrywasz mnie ze snu,
aby całym narodem
powstać albo lec.

Twoje ciało – nietknięte
i czyste jak zdarta skóra
w ciszy i martwocie,
która w nas.

Jak motyl twoje ciało
ulatuje wraz ze mną
w świat gęsty od dymu,
w śmierć pustą,
bez grzechu,
bez rozgrzeszenia,
w noc
i w świt.


1989




O


Dotykam ciebie. Jesteś blisko.
Między nami wyrasta gęsty las.
Padają ścięte drzewa.

Lekka i miękka znikasz za horyzontem.
Marzę o cieple, puchu i szkle.
Firanka z ptaków zasłania nam oczy.

Chwieje się słońce.
Na mapę spadają zielone liście.
Twoje ciało spala się na biały popiół.

Idę do ciebie – nierzeczywistej.
Strzepuję kurz. Zapominam...
Mech gnie się pod palcami.

Świat zamienił się w wielkie O.


1990, 1997




Koniec dnia


Ciemna plama gęstnieje za oknem,
jakby ktoś przykrył płaszczem słońce.
Cichną odgłosy w kuchni,
a zabawki Ani z wolna chowają się pod meble.

Nasze małe szczęście
podnosi się ciężko z podłogi;
jeszcze próbuje coś uratować
z wczorajszego nieba.

W tej chwili tulisz je w zimnych dłoniach
(musisz wreszcie pójść do lekarza).
Zanim zaśniesz, pomożesz mu.
Kolejny już raz.


1998




Kocham...


Twoją samotną twarz,
dzieci i słowa,
czysty dom i złe miasto.

Od rana do rana,
w grudniu – od tysiąca lat,
gdy jem zupę pomidorową.

Bez zastanowienia i umiaru,
czytając w słońcu rozkład jazdy
na ulicy Wigury.

Na starym mieście i w nowej gminie,
w poczekalni i małym pokoju.
Do końca...


1997




TRWAJ


Wandzie Lament

nie ma twarzy umarłego
umarli są dla nas łagodni
Z. Herbert, Nasz strach


Nie lękaj się koszyka lat.
Nie ścieraj kredy
w sali woskowych świątków.
Trwaj.

Masz cztery kończyny.
Możesz robić świat –
nie z gliny,
ale z własnych lat.

Nie patrz w lustro.
Stłucz dzisiejszy blask.
Masz głowę i tego strzeż,
co zapisane jest tam.

A gdy nadejdzie czas,
gdy z sobą musisz być,
to krzycz, że masz
na karku diabła,
w sercu kwiat...

I zamilknij
w wieczności białych krat.


1986




Precz śmierci od nas
aż do przesilenia



Pamięci Dylana Thomasa


Precz śmierci od nas aż do przesilenia.
Świtają romby ludzkiej krwi zakrzepłej.
Migocą skrzela ryby postrzelonej.
Palą się znicze na wietrze zachodnim.
Twarze już bledną, jak piszczele błyszczą.
Czaszki turlają się po Drodze Mlecznej.
Walą się w gruzy pomniki i kraty.
Liście śpiewają oratorium katom.
Władcy chowają ręce przed gawiedzią.
Precz śmierci od nas aż do przesilenia.

Malujesz kwiaty na stłuczonych wazach.
Liczysz bogactwo milionem beznadziej.
Tulisz kochanków w ich zakłopotanie.
Karmisz robaki wszystkimi zmysłami.

Gdy twoje oczy dziurawią me ciało
i lepią dziegciem pokruszone zęby,
mówię trzewiami, kopię dół, ucinam
wiszące mięso z drzew, które goreją.

W jasności słów jest nasze ocalenie,
spowiedź, modlitwa i wniebowstąpienie.
Więc pluję końcem, który był początkiem:
Precz śmierci od nas aż do przesilenia!


1986




Krzyż


Pamięci mojego dziadka –
por. Bohdana Machana, ps. „Akaga”,
powstańca warszawskiego


Krzyżowa droga,
krzyżowy ogień,
w krzyżu pięć kul,
na krzyżu czapka.


1984




* * *


Pamięci R. D., aktora


W świetle reflektorów
zniknęła twarz.
Scena zamarła
w ostatnim akcie.
Z wyludnionej widowni
słychać czarne oklaski.


1986




Formalina


Wydzielał zapach formaliny
podobny do woni przewożących go
pracowników przedsiębiorstwa komunalnego.

Jego ciało wypełniały dni:
pierwszy – okruchy na stole,
drugi – ta ruda z pociągu,
trzeci, czwarty – nie różniące się od nocy.
Dzień, kiedy poczuł, że ma mięśnie.
Wesela, pogrzeby, chrzciny
i nowy telewizor za sześć tysięcy.

To naprawdę nie nadaje się na nekrolog.


1988




To go zaskoczyło


To go zaskoczyło.
Nie próbował nawet protestować.
Wiedział, że nic nie może zrobić.

Bezbarwny świat opuszczał go,
bo nie potrafił nadać mu wyrazu.
Zatrzymał oddech w pół butelki.
Bezbarwny płyn robił swoje
(czas zaglądał w jego żyły).

Na pogrzeb przybyła żona
wraz z synami, synowymi,
wnuczętami, braćmi ze szwagierkami
i dalszą rodziną oraz kolegami
i koleżankami z pracy, sąsiadami...

I tak kropla po kropli.


1988




Tyle go (Parasolki)


Jego wiersze były za ciepłe.
Może dlatego umarł w lodowatej wodzie.
Zostawił po sobie pamięć rodziny
i wiernych przyjaciół
(wiosną 1971 roku nekrologi
rozsadzały gazety).

Tyle go, a nie ma pod stopami ziemi.
Wiruje w kroplach deszczu.
Śpiewa obcymi ustami.

Tyle go, a nie ma nawet słowa po nim,
które pragnie wyemigrować
wraz z całą schedą.


1989




Kopenhaga


Trzy lata temu, w samo południe,
gdy gwardia królewska zmieniała warty,
a portu strzegła – jak dawniej – syrenka,
na drugim brzegu chora na raka kobieta
opiekowała się moją córką.

Nie dowiem się,
czy – właśnie w tamtej chwili –
czytała jej baśń o dzikich łabędziach
(są sprawy, o których się milczy).


1998




Nie ma strachu


1.

Kopnij kamień aż do bólu;
zgnieć szklankę aż do krwi;
zaciśnij zęby aż do dziąseł;
zamknij oczy aż do śmierci.

Gdy się ośmielisz,
będziesz wiedział,
że nie ma strachu.


*

Pokonałeś strach.
Pokonaj teraz pewność.


2.

Zarówno noworodek,
jak i stuletni starzec,
mają – póki żyją –
całe życie przed sobą.


*

Gdy żyjemy, boimy się śmierci,
której jeszcze nie ma
(nasz lęk jest tworem wyobraźni).
Gdy umrzemy, nie będzie nas,
a z nami i lęku.


1985, 1998




Pamięć


Spadł pierwszy śnieg. Cmentarz jest blisko.
Czas zredukował się do kilku dat.
Umarli wyciągają do ciebie zziębnięte dłonie.

Zapalasz pamięć. Daje ci to poczucie stabilizacji;
na jakiś czas straciłeś z oczu swój los.
Daj Bóg, abyś ich dobrze poznał.


1997




NIE IDŹ WIECZOREM


Apokalipsa


Na przedsionku piekła
bawiły się dzieci,
kochały wróble,
a diabły patrzyły.


*

Szli parami przed siebie
kamienistą drogą
jawnogrzesznicy potępieni.

Róż na policzkach,
broń przy broni.
W bębny biła orkiestra.

Apokalipsa, apokalipsa...


1984




Antypiosenka


Połamane nogi
krzeseł, dzieci.
Połatane myśli
duchów, mędrców.
Pozginane ręce
zwierząt, rzeczy.
Poplątane słowa
pijących, piszących.

Dewastacja mody –
młodość pełna wrzodów.
Dewastacja wiary –
skrzynia pełna myszy.
Dewastacja mowy –
udajesz, że krzyczysz.

Dewastacja klatek –
wyjdą wyjąc wilcy.


1985




Krew


Zły człowiek przychodzi raz w roku.
Pozostawia rozbite szkło,
kurz i szkielety.
Gdy z nim walczymy,
ubywa nas po trochu.


*

Nic już ciebie nie zaskoczy.
Nie pławisz się w wonnościach;
nie boisz się przekleństw
ani swego cienia;
sumienie nigdy nie mówi ci nie.

Reagujesz tylko na krew.


1985




Wylęgarnia much


Pierwsze – to ruchome ciało.
Drugie – to tnący zaułek.
Trzecie – to zdjęcie w telewizji.
Czwarte – to nasze wspólne dobro.
Piąte – to pierwsza mucha
opuszczająca swój raj.


1985




Akwarium


Na peryferiach akwarium
(zwanego nekropolią)
można znaleźć czaszkę Yoricka
owiniętą w sztandar narodowy.

Nie kopmy jej, bo wzbudza szacunek,
sztandarowi należna jest cześć
i co by się stało,
gdyby potłukło się akwarium...


1986




Kolacja


Kolację podano – oznajmia lokaj
doprawiając pospiesznie
egzotyczne delicje.

Pan wyciąga się w fotelu
i rzuca mięso
kłębiącym się psom.

W górze strzygi straszą
nieciekawymi anegdotami
o truflach i pomarańczach.

Lokaj wynosi resztki.
Pan kopci fajkę
przygotowując się do snu.

Za oknem rewolucja
przesuwa meble
i inne rekwizyty
niezwykle potrzebne
przy kolacji.

Pan w szumie skrzydeł
w sojuszu z lokajem
w niebieskiej liberii
popłakuje deszczem
radioaktywnym.

A na ziemi pokój ludziom,
zwierzętom w żłoby dano
i kolacja stygnie.


1986




Spotkanie


Na drodze do stolicy
spotkałem kobietę
o ciele pokrytym łuskami
(znałem ją wcześniej
z podręczników anatomii,
pomników i holenderskich obrazów;
ostatnio trafiła na okładki
pism pornograficznych).

Dałem jej sto złotych.
Uśmiechnęła się
i wskazała stolicę.

Potrzebne są takie zniszczone
i wiecznie młode kobiety.
Dzięki nim wiemy,
gdzie się znajdujemy.


1986




Widoki


Mężczyzna w szerokim krawacie
modli się do opasłych tomów
niewątpliwie męcząc się.

Kobieta w różowej sukience
przybrała na wadze
(to dowód na to, że nie ma kryzysu).

Mężczyzna w czarnym berecie
wykonał dniówkę.
Czeka go alkohol i nocna zmiana.

Kobieta w rudej peruce
ma zamiar utlenić włosy
(to korzystna zmiana – twierdzi sąsiadka).

Dziewczynka w granatowym fartuszku
idzie do szkoły, gdzie się dowie,
że mężczyzna w szerokim krawacie,
że kobieta w różowej sukience,
że mężczyzna w czarnym berecie,
że kobieta w rudej peruce,
że Ala i As.


1986




W tym kraju


W tym kraju znajdziesz to, czym dyszy naród.
Nie waż się nazwać po imieniu ludzi.
Do dziecka przemów – poecie przystoi,
bo dzieci rosną na przekór poetom.

Naród tu dyszy, a kraj karmi dzieci.
Daje cukierki, głaszcze oklaskami.
Pieści kobiety, stawia na pomniki.
Kaszle na baczność, aż świat drży w posadach.

A poznaj bracie, co kornik wydrąży.
A porusz kamień – lawina nie spadnie.

Jak parowozy, tak tu naród dyszy.


1988




Koty i gołębie


Znowu kot zabrudził mi wycieraczkę.

Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt
sadzi drzewa na betonie.
Zagubiony w cywilizacji pies
podaje numer konta w banku.
Sąsiad zbiera podpisy przeciwko
emerytce dokarmiającej koty.
Chłopak przedawkował lek
psychotropowy. Ziewa dziewczyna.
Chciałbym zamieszkać na wsi feudalnej.
To nie jest na telefon.

Znowu gołąb zabrudził mi balkon.


*

Plama na asfalcie.
Przeszedłem obok.
Cicho wtopił dziób w spoiwo,
wyrwał lepkość z lotu,
sprał gumę z piór.

Zamilkłem nad przepaścią
mojej nikłej wiedzy.
Mimochodem oślepłem
na śmierć.


*

Biały gołąbek – mówisz.
Nie kłam. To tylko spadek
po Picassie.


1987, 1988




Mój syn


Mój syn popsuł kuchnię.
Sprzęt wymienny jak
zęby, które zaciska.
Radośnie ujada resztki.
Słowem nie grzeszy.

Ma przyszłość. Za sobą
ciągnie ślimaka
z wyłupanym okiem.
Sięga daleko. Czasem
wygląda za kuchnię.


1987




Kontrola osobista


Pan pozwoli. Na co
to wszystko. Dziękuję.

Milczą ręce z boku.
Nie wyjdą na swoje.

Głowy na karku nie trzymać.
Wyjść na zewnątrz.

Rozprute spodnie. To nic.
Żona zeszyje.


1987




Nie-dom


W tym domu czuć zapach
strąconych półek.
W tym domu nie ma
zadyszanych książek.
W tym domu rośnie biała
jak laska marszałkowska
flaga.
W tym domu nie nastąpiło
trzęsienie ziemi.
W tym domu nikt mi nie zakłóca
poobiedniej sjesty.
W tym domu czuję się
dobrze.
W tym domu gość w dom.
W tym domu (w tym domu).


1988




Poligon


Nie mów o pokoju
z jednym oknem na świat.
Stój na polu minowym.
Patrz na wroga.

Nie dotykaj!
Świat w garści przecież masz.
Żadne psy, policje
(w trybie rozkazującym)
ciebie nie wezmą.
Kroplę w garści masz.

Od skroni do lędźwi
zedrzyj z siebie skórę,
aż brąz pokryje obce ciało.
W górę wznieś gołą dłoń.
Odpadnięte dwa palce
ułóż w krzyż.

Wyczuj delikatne
tykanie ziemi.


1988




Bariery ognia


Nóż, ciało i krew.
I nie było już nic
oprócz płonących oczu
(w szklance).


*

W płonącym wagonie
można opisać twarz.
Należy położyć się na torach
i wyryć paznokciami
wizerunek w drewnie.
Otworzyć okna.
Swąd dymu pozostanie
namiastką niedosytu.


*

To słońce tliło
zwykły worek.


1987, 1989




Marsz


Jak na ironię przystało, jak.
Tak w przód, nie w bok, ni w tył.
Bo co to jest, że tak.
W takt i w takt, jak dziad.
Po co ten ruch i szyk?
I świst, i w mig na gwizd.

I jak tu żyć tak w takt,
gdy tam na boku klnie kat?


1987




Nie idź wieczorem


Nie idź wieczorem na losu wyzwanie.
Daj lepiej ciało posiekać rzeźnikom,
co w miękkim puchu szykują zasadzki
i głoszą potem, że czyny nas zbawią –
głosem, co woła, a powraca echem,
aby cię dobić, rozwlec po podłodze
świecące kości i zawsze nieświeże.
Psy ujadają – zatrzymaj się w biegu.

Nie idź wieczorem – niespokojna pora.
Nie próbuj myśleć – spadła ci korona.
Nie próbuj krzyczeć – echo pozostało.
Nie patrz za siebie. Tam rosną stelaże
pod szubienice, na których gawrony
pragnąc odlotu ostrzą głodne dzioby.
Nie pewien swego musisz baczniej ważyć
meandry losu oraz krętość ścieżek.

I nie idź nigdy wieczorem. Przed siebie.


1988




Zaburzenia widzenia


Od wielu lat oczy widzą to,
o czym nie wie mózg:
zapas bieli na nowy
(wspaniały?) świat.


*

Takie małe credo
zaogniło mi źrenicę
aż do utraty wiary
w medycynę.

Bo ja wierzę w cud.
Cud, że tu jestem
przejazdem w galaktyczne
jutro.


*

Po drugiej stronie medalu
(jeśli istnieje, a istnieje
niewątpliwie) nie zobaczysz
jej (jeśli istnieje,
a istnieje niewątpliwie).


1987




Wolność zaczyna się
od pierwszego słowa



Ojcu Jackowi


Pijane mamki mamroczą o szczęściu,
dzieci śpią jeszcze tylko snami,
ryby jak zwykle milczą o milczeniu,
fabryki i huty wykonują plany,
a wolność nadal nic nie wie o sobie.

Ona zaczyna się i nigdy nie kończy,
stawia na baczność i chyli do ziemi,
czasem poluje i straszy nocami.

Ona rozumie – jest matką idei,
po cichu pracuje i przekracza granice,
łapie za gardło albo pojękuje.


*

My, syny tej ziemi,
nie rzucim, nie dozwolim,
nie pomnim na prochy,
na górę, pod górę,
z góry, na wiatr,
pod wiatr, z wiatrem,
z wiatrakami, pod pociąg,
z pociągu do pociągu,
z ręki do ręki...


*

Wtem z bratniej dłoni wysuwa się weksel
na Wolność, Równość i Braterstwo.
Amerykańska statua staje na głowie
bohatera Obojga Narodów
z placu Wolności w Łodzi.

Tu są problemy strategii i taktyki.
Tu x jest osią odciętych
od sznura historii.


*

Wolności! dodaj mi skrzydła!
Niech nad żywym wzlecę światem.
Przepływaj między moimi żyłami.
Aby syn i ojciec zawsze pamiętali:

Wolność zaczyna się od pierwszego słowa.


1987, 1998




Wiersz


Leci bomba z gwiaździstego
nieba. I co z tego?
Teraz śpiewa Paul McCartney,
a ty znasz Vietcong z amerykańskiego
filmu Apocalypse Now. Telefaksy
tylko firmy Olivetti, która robi
także komputery. Zbigniew Dominiak
napisał kiedyś wiersz pt.
Graficzna schizofrenia z marginesami.
Myślę, że to o to chodzi. Rodzimy się
w zegarkach Omega, a na co dzień
mamy tyle zajęć, że, proszę was,
nie martwmy się o ludzkość.
Bomby to już przeszłość,
chyba że jeszcze w Chinach.
Trzeci Świat mnie przeraża,
a ty śpisz. Ja marzę.
Kupię dzisiaj góry lodowe:
biało-różowo-czekoladowe kulki,
tylko że pogoda nie dopisuje
i praca mnie nie cieszy.
I co z tego?


1989




Świat jest brudny


Kiedyś urodził się Kain.
Niewolnicy nosili kamienie,
a drogi znaczono krzyżami.

Ludzie ogłuchli i stracili pamięć.


*

Mijamy się, błądzimy.
Gubimy kawałki życia.
Tracimy wszystkie trzy czasy.
Spalamy się, niszczymy...


*

To rośnie w gardle jak krzyk,
spada z dziesiątego piętra
i umiera jak miłość.


*

Błogosławiony każdy dobry człowiek.


1997-1998
BĘDZIESZ WSZYSTKIM


Będziesz


Będziesz czuwać nad rzeką,
co we mnie rozsadza
brzegi ciała.

Będziesz gasnącą świecą,
wzgardzoną obcym
spojrzeniem.

Będziesz gnomem w jaskini,
układającym kamienie
na moją mogiłę.

Będziesz białą kartką,
która ułoży pióro
w takt wiersza.

Będziesz wszystkim.
Tylko licz się
ze słowami.


1984




Narodziny legendy


Ja – śmiech
mogę śmiechem powiedzieć
o rzeczach śmiechu wartych.

Ja – wołanie
mogę wołaniem powiedzieć
o rzeczach, które należy wołać.

Ja – zaprzeczenie
mogę zaprzeczeniem powiedzieć
o rzeczach, których nie ma.

Tak się rodzi legenda.


1985




Wypadek ze składni


Używam kiedyś –
kiedyś w przestrzeni.
Kiedyś ja zamiast ty.
Kiedyś ty zamiast my.
Kiedyś my zamiast ludzie.
Kiedyś ludzie zamiast ludzkość.
Kiedyś ludzkość zamiast kosmos.

Używam kiedyś –
kiedyś w przestrzeni.
Kiedyś zamiast teraz.


1985




Ingerencje


Zabrane myśli,
zabrane głosy,
zabrane twarze.

Ruch,
zmiana pola widzenia.

Oddane myśli,
oddane głosy,
oddane twarze.

Drobny gest,
zmiana ustawienia.

Moje myśli,
moje głosy,
moje twarze.

Retusz,
zmiana klimatu.

Myśli,
głosy,
twarze
same w sobie.

Kolor,
zamknięcie obrazu.


1985




Przenikanie


Czoło pokryte pocałunkiem –
przenikanie śliny.

Gwoździe wbite w ciało –
przenikanie krwi.

Słowo na zastygłych ustach –
przenikanie powietrza.

Twoje przenikanie
nigdy nie uczyni ciebie
Panem.


1985




Krzesło


Siedzę.

Widzisz krzesło –
poruszasz mnie.
Przesuwasz krzesło –
plamisz mnie.
Poprawiasz krzesło –
strofujesz mnie.
Rysujesz krzesło –
pomijasz mnie.

Stoję.
Bez krzesła.


1986




Pisanie wiersza


Wiersz.
Gramatyka,
ortografia.
Wiersz.

Wgląd w lustro,
świat w cętki.
Kamienie.

Brudzenie palców,
czyszczenie czcionek
maszyny do myślenia.
Marzenie.

Liczba wersów
sumienia,
kolor i fakty,
zmyślone kraje.
Kreski.

Nowy wiersz
bez snu i tytułu.

Karanie wiersza.


1986




Porządek


Początek.
Kręci się, nagrywa się, pisze się.

Pauza pierwsza.
Zwija się, zasłania się, kaszle się.

Odsłona pierwsza.
Wystawia się, zaskakuje się, czeka się.

Pauza druga.
Zbiera się, odcina się, uogólnia się.

Odsłona druga.
Pozuje się, pije się, zaciera się.

Koniec.
Mówi się, potyka się, wymyka się.

Summary.
Kazania nie było.


1986




Destrukcja


Zbiór linii – łamana.
Zbiór dźwięków – kakofonia.
Zbiór drzew – wyrąb.
Zbiór barw – plama.

Plama ludzi.
Wyrąb ludzi.
Kakofonia ludzi.
Łamana ludzi.

Zbiór ludzi.

Pióro – opis ludzi.
Ołówek – zarys ludzi.
Książka – zanik...


1986




Kultura


Dwa cięcia w poprzek,
jedno wzdłuż.
Pomoc, plama, postęp.

Krok za krokiem,
ślad na śladzie.
Strzęp, skaza, społeczność.

Ząb za ząb,
ręka w rękę.
Blaga, ból, bezpieczeństwo.

Kara – wina, władza – siła,
komin – dym, woda – krew.
Kap, kap, kap, kultura.

Kultura, strzechy, kultura.


1986




Iluminacja


Pod żarówkę oka
pada kolor
błyskiem niepokoju.

Na rusztowaniu mózgu
nabiera dystansu
do światła.

Za kratą gardła
kolory się mieszają
w swojej namacalności.

Artykulacja jest tylko
dopełnieniem.


1986




Las


Chodź. Wpuszczę cię do lasu.
Korniki już wydrążyły słowa,
a ptaki podziurawiły papier.

Natura plącze języki.
Nie wiesz nawet,
kiedy zaczniesz mówić
swoim własnym (jąkasz się
albo gubisz końcówki).

Posil się lingwisto.
Będziesz tu znowu
dopiero za jakiś czas.


1986




Głos o głosie


Gdy człowiek wydobywa głos,
obejrzyj i obejdź go,
bo siedzi w nim kat.

Głos jest ważniejszy
niż zapomniana dziewczyna
spod strzech.
Głos jest wznioślejszy
niż zamilczany list.
Głos jest łagodniejszy
niż zagubiony w błocie ślad.

Więc wytęż słuch.
Niech pada wata słów.
Niech pada i do końca świata.

A gdy obudzisz się,
to podpis złóż
i ubierz się odświętnie.

Może i ty wydasz głos?


1986




Alfa


Leżą na twarzach
kropki i inne
znaki przestankowe,
bo nie mogą
zaryć nogami w ziemię.

Twarze i nogi
to znaki przetrwania.


*

Poruszam się w automacie
do produkcji zbędnych końcówek.

Taka mała pralka
wyrzucająca omegi.


1987




Biały ptak


Biały ptak pobrudził szpony,
bo za szybko spadł na bruk.
Lecąc myślał, że to cud,
a to adres pomylony.

Biały znaczy – niezbrukany.
Szpony znaczą – jednak groźny.
Ja bym jednak był ostrożny
z nazwą – adres pomylony.

Biały ptak to może pretekst,
może spadał indziej gdzieś.
A ty prędko kartkę weź
i zanotuj dobry tekst.


1987




Nagie kukułki


Nagie kukułki biorą się za bary.
Niepewne swego, ale mocne ciałem.
Niefrasobliwe w swych zbożnych zamiarach.
Za prędkie w locie. Noże w dziobach mają.

Nagie, bo obrane przez przezorną rękę.
Piosenka, zegar – to ich atrybuty.
Bary zbyt słabe – przyczynek do zguby.
Noże błyszczą karą. Nie bronię kukułek.


1988




Jeszcze jeden krok


Jeszcze jeden krok
(wyświechtany jak kapelusz
lorda-kloszarda)
w odmęty [metafora dopełniaczowa],
razem spięci,
razem [rym gramatyczny],
topielą grzmiącą echem
tonącej [nazwa].

Jeszcze jeden krok,
a umilknie artyleria
strzelająca do prawie nagiej
pospolitej formy.
Jeszcze jeden cel padnie
pod prądem litych rąk.

Męcz się poezjo!

Jeszcze jeden krok
zaprzeczy całości
zbudowanej z nazw.
Chociaż lepiej by było
zrobić jeszcze
jeden
krok.


1987




Mocarstwem jesteś


Mocarstwem jesteś – jeśli nie wiesz, mówię.
A usta krnąbrne łykają kamienie,
by słowa w kamienia konsystencję oblec
i twierdzę stawić na miejsce spojrzenia
(na miejsce tego, co wisi i straszy).
Tabu i basta – milczą gołe oczy.

Mocarstwo rosnąc z drugim się nie brata,
unika gestów radości, rozpaczy,
nie słucha głosów, co spod ziemi idą,
wykute w spiżu, pomne na zaszłości,
jak wielbłąd idzie zdobywać makaty,
które spopieli słońce, co nie królem.

Jeśli nie wiesz, mówię.


1987




To


To, co nazywają lepkim,
miękkim i bezwonnym,
milczy.

Nieśmiało patrzy na krzyże.
Oczekuje pochodów ku słońcu.
Podkrada się do stosów,
aby może tylko raz
zajaśnieć.


*

Ta ziemia nie rodzi
Norwidów czy Koperników.
Takich jak oni nie ma na mapie.

Sejsmografy milczą –
kolejne poronienie.

Ta ziemia nie uniesie
przez dziewięć miesięcy
za dużych ciężarów.


*

To, co w duszach nam gra
i nie daje spać,
czai się od tysięcy lat,
błyszczy w murach jak mika
i przemienia myśl w gniew.

Ono nigdy nie skończy dnia,
bo nazywa się
ZAWSZE.


1987, 1997




Ostatnia kartka


Biel w błękicie kratki.
Biel w porywie weny.
Biel w zapisie bieli.
Biel w ostatniej kartce
do wypełnienia.

Kartka jest statyczna
w swojej ostatniości
jako karykatura
poprzedniczek.


1986




* * *


W zgiełku, w maszynie,
na niby pisany.
Z dużej litery,
dwoma słowami.

Na trakcie, w lasy
i pola bitewne.
Na szosie, na zawsze
szadzią zasypany.

I nie jest płochością,
gdy w sercu poczujesz
tę kropkę, której
nie było i nie ma.


1987




NIE MÓW WIELE


Poeta – bezkarny błazen
przelewający puste słowa
w próżną egzystencję.


*

Gdy wołasz, przychodzę
niosąc bukiet słów.
Gdy milczysz, odchodzę
zabierając zwiędłe kartki.


*

Kupiła tomik wierszy,
przetkała słowa nicią
i uszyła z nich sukienkę.
Taki miała kaprys.


*

Nie jestem kreatorem,
ale moje odbicie
nie jest fałszywe.


*

Kiedyś, gdy zbuduję swój dom,
otworzę wszystkie okna.
Jeśli zasłużą na to.


*

Dzień pęczniejący jak kasza
przeżyć
i zasnąć w pustym garnku.


*

Słuchasz podwójnego
bicia serca.
Słuchaj uważnie.


*

Pośród znaków zapytania
urodził się znak innego kalibru.
Człowiek.


*

Kołyszę dziecko.
Jest to praktycznie bez znaczenia
dla rozwoju społeczeństw.


*

Pozdrowienie chorego
to zastrzyk kosmosu
w tabletce snu.


*

Obłąkani i paralitycy,
dotknięci trądem,
chorzy na raka i wrzody,
pozbawieni kończyn
i po trzech zawałach
wierzą.


*

Pytasz, dlaczego powstał las.
Bo wiały wiatry.
Bo nikt tego nie widział.


*

Ktoś powiedział:
Rodzimy się w śmierci;
całe życie jest umieraniem.

Nie wierz mu.
Daję ci na to zaklęcie
ludzi ubogich i chorych.


*

Drzewo powalone wichurą
nie skarży się.
Tak i ty nie miej pretensji
do Stwórcy.


*

Pokażę ci wieczny niezachwiany spokój.

To dąb rosnący za szybą autokaru.
To pszczoła lecąca przez tomik wierszy.
To człowiek wyciągający ręce
na krzyżu wieżowca.


*

Ludzie są głusi
na nasz krzyk.
Ale czy drzewa go słyszą?


*

Poczekaj.
On nie przyjdzie.
Bądź cierpliwy.


*

Śnieg.
Cieszmy się.
I usuńmy.


*

Nie mów wiele.
Znajdzie się ktoś,
kto mówi mniej.


1984-1986




Spis utworów


Beton przestał ciążyć

Jestem jak dawniej

Tylko we śnie

Jesteś blisko

Trwaj

Nie idź wieczorem

Będziesz wszystkim

Nie mów wiele