C.Z.U.K.U. – sztuka zbijania i spijania słów

Arkadiusz Frania

C.Z.U.K.U. – sztuka zbijania i spijania słów

Marek Czuku (ur. 1960) od ponad dwudziestu lat konsekwentnie buduje i wzbogaca własny model poetyckiej czujności, czyniąc z niego markę rozpoznawalną. Ostatnim widomym sygnałem tzw. dobrego odbioru krytycznoliterackiego dorobku poety jest zamieszczenie przez Tadeusza Dąbrowskiego jego czterech liryków w pracy Poza słowa. Antologia wierszy 1976-2006 (Gdańsk 2006). Przypomnijmy, iż łódzki autor debiutował tomem W naszym azylu(Warszawa 1989), po czym wydał kolejno zbiory: Książę Albański (Łódź 1991), Jak kropla deszczu (Łódź 1998), Ziemia otwarta do połowy (Łódź 2000), Przechodzimy do historii. 44 wiersze z lat 1998-1999 (Łódź 2001), Którego nie napiszę (Łódź 2003). W roku bieżącym w serii Biblioteki Frondy ukazała się książka najnowsza Ars poetica, będąca przedmiotem czytelniczej eksploracji.
Marek Czuku nie przychodzi do nas z dobrą nowiną, lecz z lustrem, w którym nie możemy rozpoznać siebie, świata i języka. Podmiot liryczny co rusz manifestuje swoje niezadowolenie z momentu dziejowego, w jakim przyszło mu poszukiwać osobistej prawdy. Zatrzaśnięcie w trybach rzeczywistości społeczno-politycznej, kamuflowany słodkim cynizmem i perskim okiem autentyczny ból z powodu utraty Polski Marzeń to widoczne tematy Marka Czuku. Political fiction przesuwa się czasem na plan pierwszy, zmuszając – wykreowanego łódzkiego p. Cogito do samookreślenia, odrzucenia lub zaakceptowania sytuacji delirycznych. Przełom wieków i tysiącleci staje się nośnikiem dekadentyzmu i frustracji: Nie mieszczę się w roku 1999 /(skrojono go nie na moją miarę) (s. 5). Autor nie umie jednak wyprzeć wiadomości napływających z frontów walki o idee liberalno-demokratyczno-kapitalistyczne; gest wyłączenia telewizora, radia czy omijania jak wioski trędowatych półek z gazetami nie leży w naturze podmiotu. Bohater najpierw mówi tonem liryki prywatnej: Teraz myślę o kolacji, / choć mi jeszcze mleko nie wystygło. / I wcale nie mam ochoty przeklinać (s. 5), by chwilę później przedstawić swoje komentarze osadzone głęboko w realności geopolitycznej: Przestałem już /cokolwiek rozumieć / i kojarzyć ze sobą (s. 6), Nie jestem partią, / ani żadną rzeczą, / która jej jest. // Nie mam głosu / jak dziecko pocięte / przez nieświadomość (s. 7). Dlatego nie ufam zapewnieniu o postawie aspołecznej, brzmiącemu w tekście Wiersz [Nie czytam gazet…].
Akcję obronną mogłaby przeprowadzić chyba tylko ekspansywna psychika introwertyczna, ale bohater wciąż tkwi na krawędzi hamletycznej, nie opowiadając się zdecydowanie po żadnej ze stron, tylko czasami zdradza jednego wroga-przyjaciela na rzecz drugiego przyjaciela-wroga. Wcześniej takie zawieszenie nazwałbym równowagą, dziś źródłem goryczy, z tym że człowiek odmawiający udziału zasługuje w tekście Neutralny na miano samotnika czy wręcz ignoranta. O balansie metafizycznym myślał zapewne Karol Maliszewski, przypominając rolę twórców skupionych wokół pisma Radar w rozwoju liryki lat osiemdziesiątych: W momencie debiutu witano go [Marka Czuku] stwierdzeniami, że balansuje na krawędzi, nie popadając w żadną skrajność, łatwo odzyskując równowagę erudyty, pisze bez wspinania się na palce, z lekkością i pewnym wdziękiem, umiejętnie stopniując napięcie (Karol Maliszewski, W obronie własnej, w obronie grupy, FA-art 1998, nr 1/2).
Podmiot liryczny, krytykując strukturę świata polskiego, stał się jej konieczną częścią. Nie zmieni tej prawidłowości nawet przyśpiewka: W globalnej wiosce mrówki / mrowią się w mrowisku, / faluje firanka, pieje kogut (s. 15). Bohater jest zmęczonym, zdeterminowanym obserwatorem pasażu handlowego, budynków z aluminium i szkła. W jednym z wierszy zaskakuje nas telegramem z cywilizacji piekieł ziemskich, poematem o próbie scalenia strzępków i doniesień: Superman. / Grecka sałatka zamiast frytek. / Nie czyszczą w ubikacjach./ Chyba Albańczycy i Ormianie. // Tylko ja to wszystko notuję (s. 24).
Rozbrajanie hierarchii zdarzeń, relacji i kontekstów zaczyna poeta od języka, czego dowodzi liryk Na każdy temat, w którym zostaje sporządzony erzac współczesnej nowomowy. Przykładem językowego zapętlenia są kierowane przez spółdzielnie mieszkaniowe do lokatorów, troglodytów z blokowisk, kartki z zakazami (Kartki). Ciekawy wydaje się też eksperyment logiczno-matematyczny Średnie dalsze trwanie życia, quasi-ateistyczny sylogizm, odzierający istnienie z mistycznej aury życia wiecznego: dla osób w wieku 62 lat / wynosi 209 miesięcy (s. 28). Bohater nie obłaskawia epizodów codzienności, bo wszystkie są w zasadzie banalne, przewidywalne, oczywiste: nie wybieram tak / jak leci bo wiem / bowiem że / nic naprawdę / się nie wydarzy / chyba że (s. 9). Końcowe chyba że tchnie wszak jakąś złudną nadzieją raczej dla poprawy samopoczucia, niż z ezoterycznego przekonania. Podobnie odczytuję z utworu OFF zapis: Nie pytaj więc o pogodę, / rodzaj łączy ani godziny wizyt / (jutro i tak będzie inaczej) (s. 10), a możliwości zdawkowych uwag, przypadkowych związków (s. 14) są ściśle określone (wolność na długość łańcucha): Wszystko już przecież było; / obijamy się o ściany (s. 18), nic dzisiaj się nie wydarzy / choć na pozór świeci słońce / które jest tylko gazową kulą (s. 29).
Myślę, że poeta prowadzi grę z samym sobą, podaje wskazówki, by mylić świadomie tropy; jest to ekscytująca, acz bardzo niebezpieczna schizofreniczna autozabawa w (s)chowanego:Człowiek z białą laską / to ty. Nikt na ciebie / nie zwraca uwagi, / bo sam wybrałeś / taki los (s. 34). W swojej wersji mitu o Tezeuszu Marek Czuku z premedytacją podpala nić mogącą wyprowadzić zbłąkanego bohatera z labiryntu szumu i niespójnych informacji. Tytuł zbioru wskazuje na upadek cywilizacji na razie w warstwie słownej. Kluczowym, jeżeli nie najważniejszym fragmentem całej poezji łódzkiego autora jest obraz człowieka spętanego odruchami biologicznymi, zoologiczną koniecznością bytu, skazanego przez odręczną notatkę w kodzie genetycznym: Z muru wystaje / wulgarny azbest. // Otacza nas mięso, bolą / końcówki chromosomów, // za dużo mamy w głowach / serotoniny, // rozkładamy się / na atomy słów //(czy bóg wie, / że nic nie?) (s. 18).
Poeta doprowadza do skompromitowania (może lepiej rzec: zachwiania) zdolności lingwistycznych człowieka. Koniec i początek tomu spinają klamrą dwa różne utwory pt. Wiersz; ostatni zamyka zwrotka, analizująca ontologię „tekstu”: Napisałem mimo wszystko / ten wiersz i dołączam go / do partytury szumów, / konstrukcji z betonu, / drewna i cegieł, tej naszej /zielono-niebieskiej układanki (s. 52). Marek Czuku okazuje się być potomkiem Mirona Białoszewskiego jako sprzedawcy kalekich form językowych, zacieków morfemowych, zbitek liter niepodobnych do żadnych form o charakterze komunikacji spełnionej. Warto przypomnieć wyznanie autora Obrotów rzeczy, dające pogląd na stosunek opisu do rzeczywistości: Wiersze moje od paru lat powstają z rzeczywistości, nie z wymysłu, tylko z dziania się. Dążę do tego, żeby to, co pisane, było zapisaniem mówionego. I żeby pisanie nie zjadło mówienia. To, co jest warte z języka mówionego, to się zapisuje. (Miron Białoszewski, Mówienie o pisaniu, [w:] idem,Wiersze. Wybór, redakcja Marianna Sokołowska, Warszawa 2003, s. 10).
Jednym ze składników liryzmu Marka Czuku jest właśnie zaproszenie do wiersza dźwięków z życia (materiał do analizy: Rozmawiamy już od godziny, / co ja mówię, życie całe, s. 48), nieporadnych, nieskładnych dialogów, złamanych zwrotów, koślawych odpowiedzi, np. druga część Kamiennych kręgów: Myślisz, że co, że sobie / nie dam rady? Spadaj // na bambus, idź w pierony. / Ładnie to tak? // Oj, powiem mamie. / Że co, że co, że… (s. 15). W Chyba że się mylimamy skrót formy mownej, definicję plotkarskiej natury każdego „faktu”, czyli autentycznego kłamstwa: Każdy mówi to, co mówi, chyba że się / myli o tyle, o ile (i słuch nie ten, / i wątroba, i życie pod górkę, / i pani Wiesia powiedziała) (s. 21). Sztuka poetycka jawi się jako ciągłe podsłuchiwanie nieistotnych wariantów odgłosów życia, dni i nocy pozbawionych semantyki:Więc to, co mówisz, / nie ma żadnego znaczenia (s. 22). W tomie jest też liryk Samogłoski, tylko pozornie pokazujący jąkanie świata w formach dialogu live z elementami przemocy; w istocie utwór ten to ostentacyjna parafraza-prowokacja wiersza Artura Rimbauda pod takim samym tytułem; przywołajmy zatem pierwszy wers z tekstu francuskiego poety przeklętego (cytuję za: Adam Ważyk, Abecadło Rimbauda (Lekcja ‘Samogłosek’), [w:] idem, Eseje literackie, Warszawa 1982, s. 169), zestawiając go z odmianą Marka Czuku (podkreślenia moje):

Samogłoski Marka Czuku
A czemu masz takie czarne paznokcie?
E tam. Były całkiem białe
I czerwienią podeszły (bez aluzji).
U Zielińskich to się ciągle kłócą.
O, jakie mają siniaki.

Samogłoski Artura Rimbauda
A czarne, E białe, I czerwone, U zielone, O niebieskie: samogłoski.

Pary samogłoska – barwa u obu poetów są jednakowe, choć Marek Czuku dla zmyłki zieleń wyraża nazwiskiem, a niebieskość – odcieniem skóry. Przypomnijmy, iż zjawisko „słyszenia kolorowego” jest odmianą synestezji: synestezja znaczy dosłownie wymieszanie się różnych wrażeń zmysłowych – czyli bodziec odbierany za pomocą jednego zmysłu (na przykład usłyszenie czegoś) powoduje powstanie bardzo wyraźnego wrażenia w innym kanale zmysłowym (na przykład ujrzenie jakiegoś koloru) (Dr David Gamon i Allen D. Bragdon, Co potrafi twój mózg, z angielskiego przełożył Sebastian Musielak, Warszawa 2003, s. 101). Co ciekawe, jedna z najlepiej sprzedających się w ubiegłym i tym roku płyt hip-hopowych nosi tytuł właśnie aeiou (grupa Sistars).
Znaki foniczne, potrząsanie błazeńskim dzwonkiem przed oczami widzów durnego theatrum mundi to wentyle bezpieczeństwa: bul, bul, bul… (s. 6), Pari-ra pam-pam… (s. 12). Ale te śmiechy artykulacyjne, niegramatyczny finis poesis (s. 17) są synonimami lęku, brzmią jak spowiedź jedynego normalnego pacjenta zamkniętego w domu wariatów, co potwierdzałby wiersz Dostojewski: Stąd moje rozterki, mój osobisty / dramat naszych czasów, moja alienacja. /Ja od zawsze czekam na swojego idiotę (s. 13). Nie dziwi więc tytuł: Ars poetica (dom wariatów).
Łódzki autor sonduje równocześnie możliwości języka, stymuluje nowe kształty i zdecydowanie przeprowadza mutacje wyrazów, bywa jawnie uradowany ich ekonomią: Miron Białoszewski i Tymoteusz Karpowicz – tak na dziś wyglądają latarnie poetyckie Marka Czuku. Zobaczmy na kilku przykładach, jak zostaje urzeczywistniony projekt lingua. Anagramowe zabawy i wykorzystanie spacji wyzwalają czającą się w słowie potencję: sektasetkase tka (s. 31). Skrajnym rozwinięciem teorii „słów na/w słowach” staje się Nie zamilknę. Metoda leksykalnych ruchów Browna, odbijania się przedrostków, sylab, morfemów, głosek od siebie owocuje jakością libretta ciętego. Przywołuję fragment, mając świadomość, iż wyrwaniem z kontekstu pozbawiam go w tej chwili wcześniejszych „doczepień”: nie zamilknę na / piszę ciągle / i wyraź/ nie będę mó / wił nie na / próżno u / rodziłem się (s. 37). To chyba totalna atomizacja struktur językowych. W wierszu Ars Emalia (à la Miron) Marek Czuku, oddając hołd Wielkiemu Mistrzowi Poetyckiej Rozłamywanej Mowy Polskiej, pożyczonymi od niego chwytami warsztatowymi oznajmia ból istnienia… internetowych wiadomości, e-maili: Komputero… /logicznie / i ślicznie / żeby było / jak drzewo / papier na wiersz… / świersz // I żeby było krótkie /nie – okrut – nie (s. 42). Skrytykowaniu ludzkiej natury pana wieszcza służy z kolei zgrabny akrostych:

P ieniacz
O szołom
E rotoman
T etryk
A mator
(s. 31)

W małej prozie Uliczka autor fikuśnie żongluje skrótowcami: UB, MSW, UOP, KOR.
Marek Czuku poddaje ekscentrycznej w gruncie rzeczy (a może już: słowa) rewizji samą formułę „bycia poetą”. Przeświadczeniu o wieszczej proweniencji liryki przeciwstawia kartkę z usprawiedliwieniem. Ma wyrzuty sumienia, że miast brać udział w wyścigu szczurów o laury w postaci premii motywacyjnych – zachciało mu się tracić czas i pieniądze, bo czas to przecież pieniądz, pisząc wiersze albo co gorsza próbując pisać wiersz. Sonet V nazwałbym tekstem heroikomicznym o niemożności zbawienia świata przez poezję: wysoka forma (sonet) i błaha treść (czynność lichego tworzenia). Ogniskują się tu poddane reinterpretacji ironicznej i drwiącej wątki Miłoszowe i Różewiczowskie. Czesław Miłosz pisał naiwnie w wierszuPrzedmowa z tomu Ocalenie (1945): Czym jest poezja, która nie ocala / Narodów ani ludzi?, a Marek Czuku obezwładnia tę historiozoficzną myśl żartem mieszkaniowym: Siedzę na łóżku i piszę sonet / postulujący zbawienie świata (s. 11). Podobnie demaskatorski ruch zostaje tymże fragmentem wykonany nad utworem Tadeusza Różewicza Przyszli żeby zobaczyć poetę ze zbioru Na powierzchni poematu i w środku (1983): zobaczyli człowieka / siedzącego na krześle/ który zakrył twarz.
Intertekstualny charakter wielu wierszy każe stawiać Marka Czuku w rzędzie postmodernistów, ale ja osobiście wolę określenie „buszujący w bibliotece”, poławiacz cytatów musi się bowiem cechować dużym wyczuciem i smakiem, czego nie brakuje łódzkiemu poecie. Przychodzi mi porównanie z dziedziny technicznej: biogaz wydobywający się z sensów, związków słów autor przetwarza w energię własnych rozwiązań. I jeszcze jedno: W tym miejscu / miał się znaleźć //pełen erudycji wtręt, / ale – niestety – // książki zostały / w domu (s. 16).

Marek Czuku, Ars poetica, Biblioteka Frondy, Warszawa 2006.

[Fronda nr 41 / 2006, s. 130-137]