Chwila poza matriksem

Hanna Karp

Chwila poza matriksem

Ostatni dzień listopadowej słoty 2007. Za oknem w Warszawie śnieg, samochody mruczą odsuwając pośniegowe błoto spod kół. Zamglony początek zimy zachęca do różnych zanurzeń, wbrew politycznej niepogodzie, wrzawie gazet i migających telewizorów, objawia się pragnienie za kształtem, które nie błyska w świecie matriksa. Z zadumy wyrywa dzwonek. Listonosz bez słowa podaje białą kopertę formatu A5.
Otwieram. W środku poetycki tomik, na okładce czytam: Marek Czuku, Inny wybór wierszy. Marka pamiętam jeszcze z dawnych czasów, czasów naszych poetyckich debiutów. To była połowa lat 80. Kiedy czuło się, że PRL już ledwie dyszy, a my młodzi i piękni, jeszcze na studiach szykowaliśmy się – jak to młodzi – do skoku na świat i życie. Choć przecież nie mieliśmy łatwo. Czas studiów, czas swoistej mocy to były także długie miesiące stanu wojennego, gdy ktoś chciał nam wpompować do żył poczucie bezsiły i bezradności. Poezja jednak wtedy nas tak mocno dopadała, że musieliśmy ją światu pokazać. Jeszcze nieporadną, nieopierzoną… Oboje debiutowaliśmy w tygodniku Radar, w którym wiersze do działu poezji bardzo starannie dobierał Adam Kowalski. Moje poszukiwania od tamtego debiutu w 1985 były nie zawsze poetyckie – chyba za dużo spraw i rzeczy interesowało mnie jednocześnie. Ta cecha towarzyszy mi zresztą do dziś, kiedy powinnam z myślą o przyszłej habilitacji zdecydować się na wąską ścieżkę specjalizacji. Marek, wydaje się, nie miał takich dylematów. Ma na swoim koncie już siedem poetyckich tomów. A ósmy, ten, który trzymam w dłoni, to efekt pracy Piotra Wiktora Lorkowskiego, który dokonał wyboru wierszy Marka. Redaktor próbuje się nawet ze swego czynu wytłumaczyć. Pisze, że dokonał spojrzenia z drugiej strony wiersza, który nawet dociekliwemu czytelnikowi nie zdradzi swych początków i dziejów. Jaką drogę przeszedł Marek od chwili, gdy mieliśmy wspólny wieczór autorski w warszawskim Staromiejskim Domu Kultury? Sięgam szybko po tom i… odkładam. Chwilę poetyckiego spotkania chcę odciągnąć, tak jak czasem odsuwa się smakowite ciastko, dla jednej chwili pewności, że czeka nas coś bardzo przyjemnego. Jednak zaczynam czytać… Czytać, czytać…

A jeśli Boga nie ma, kto wymyślił miłość,
serca nićmi powiązał, zaszczepił sumienie,
zliczył liczby, napisał prawa, które siłą

spajają molekuły, gwiazdy i kamienie?
I kto by wtedy wątpił, gdyby nic nie było –
w dzień i noc, dawcę życia i w samo wątpienie?

(Sonet III)

Sonety Marka zapowiadają coraz głębsze wędrówki w świat ducha. Znikają koledzy, obecni jeszcze w wierszu Chłopaki (Chłopaki na przerwach grali w cymbergaja / i palili sporty w ubikacji). Koledzy gdzieś rozpuścili się: Nie wiem, czy wszyscy żyją / (może ich nigdy nie było?).
Marek Czuku – poeta – postanawia zostawić świat oswojony z podwórka, wybrać się na wyprawę w nieznane. W wierszu Sen chorego pisze: Nic mnie nie boli / oprócz winy, / którą noszę jak talizman. Rozpoczęła się droga trudna, niebezpieczna, niepewna. Cóż dziś bowiem znaczy rekomendacja o brzmieniu: poeta – rocznik 60.? To podmiot liryczny obdarzony talentem słowa i brzemieniem samoświadomości? Marek jest dodatkowo przekorny, łapczywy na rzeczywistość, jednak nie każdy jej strumień porusza jego poetyckie sumienie. Co widać, gdy z zimną premedytacją w wierszu Sukces pisze:

Nie czytam pism
dla każdego mężczyzny,
a moja żona nie jest
feministką.

Syn nie lubi rapu,
A córka nie bawi się
lalką Barbie.

Poza tym nie jesteśmy
ludźmi sukcesu
.

Marek bardzo dorósł i idzie już od dawna własną drogą. I to nie są manowce poezji. To walka o każdy skrawek świata, który ogarnia nas codziennie.
Czytam ostatni z 31 wierszy, pomieszczonych w tomiku, pt. Obcy:

Jestem, abym żywił nadzieję,
choć wokół wióry lecą.
Jestem, abym kradł złudzenia,
a wyciągnięte ręce opadają.

Moja istotność jest poddawana
ciągłym próbom ognia i wody.
Moja stabilność wisi na włosku
pod toporem.

Jestem i będę wam wokół
skaczącego po ulicy serca
.

Cóż można dodać więcej ponad to liryczne wyznanie, osłonięte dotykiem słowa? Pamiętać jednak trzeba, że prawdziwi poeci w zderzeniu ze światem nie mają łatwo. Poszukują prawdy i jako tacy są bezbronni i szczególnie narażeni na ciosy. W powieści Vladimira Volkoffa Montażczytamy, że gdy raz się poczyni odpowiednie przygotowania, nie trzeba nawet pamiętać o stałym manipulowaniu informacji, gdyż wystarczy zdać się na rezonans. My natomiast, zajmujący się dezinformacją i wywieraniem wpływu na przeciwnika, gramy raczej na ilość i uważamy inaczej niż oni, że już jeden jedyny fakt prawdziwy służy jako doskonały przewodnik dla wielu kłamstw – tłumaczy pisarski wyga z powieści Volkoffa. I jakie szanse ma w takim starciu poeta?
Marek Czuku żyje i tworzy w Łodzi. To miasto, od kiedy pamiętam, było łaskawe dla poetów. Jakby na potwierdzenie, na wewnętrznej stronie tomiku można przeczytać: Publikacja dofinansowana przez Miasto Łódź. Dobrze też, jak pisze w Posłowiu autor antologii Piotr Lorkowski, że Czuku to poeta uparty. Uparty, twardy, który ponadto uważa, że poezja ma przyszłość

Marek Czuku, Inny wybór wierszy, Warszawa 2007, Wydawnictwo Nowy Świat.

[Opcja na Prawo nr 1 (73) / 2008, s. 42]