Karol Maliszewski

Karol Maliszewski:

[…]

O kogo właściwie chodzi? Nazwiska niewiele powiedzą. Chodzi o zjawisko zanikania czy znikania ludzi, którzy w swoim czasie i środowisku coś znaczyli, wyłaniając się z masy, wyróżniając się na tle innych piszących wiersze, respondentów i sympatyków pisma Radar. […]
Mam więc na myśli pewien określony wycinek czasowy, powiedzmy: środek lat osiemdziesiątych – Radar jest wówczas już nie miesięcznikiem, lecz „tygodnikiem pracy twórczej”. Drukują w nim twórcy różnych generacji. Jeśli chodzi o interesującą nas młodzież, to stopniowo ze „szkółki” i literackiego przedszkola wyłaniają się tacy „piszący”, jak Marek Czuku, Krzysztof Świerkosz, Gabriel Koch, Dorota Wójcik, Joanna Szczepaniak, Wojciech Izaak Strugała, Hanna Karaś, Anna Piwkowska, Krzysztof Martyna, Mariusz Baryła, Beata Pawłowicz-Świerkosz, Marek Chorabik, Karol Maliszewski. Dominują urodzeni po 1960 roku, ale przewijają się w tej gromadzie również urodzeni pod koniec lat pięćdziesiątych.
Zwróćmy uwagę, że nikt z wyżej wymienionych nie „załapał się” później albo też jednocześnie na główną listę promocyjną, nie znalazł się w „świecie przeznaczonym do wyniesienia” (wypełnienia naturalnej, biologicznej luki), czyli w środowisku „bruLionu”; żadne z tych nazwisk nie zafunkcjonowało pokoleniowo. Nasi bohaterowie zostali raczej jakimiś rozbitkami, wyrzuconymi za burtę literackich dziejów. Nigdy nie zaistnieli w szerszej świadomości jako wspólnota czy grupa pokoleniowa. Dwoje, może troje z nich trafiło do „słownika literatury urodzonej po roku sześćdziesiątym”, ale raczej na zasadzie ciekawostki odnotowanej najdrobniejszym drukiem.

[…]

Najwyżej oceniano wówczas talent Marka Czuku z Łodzi. Niestety, nie potrafię powiedzieć, co się stało z tym poetą. Słyszałem, że wydał później tomik, pod tytułem, bodajże, Albański książę, ale było to dość dawno. W momencie debiutu witano go stwierdzeniami, że balansuje na krawędzi, nie popadając w żadną skrajność, łatwo odzyskując równowagę erudyty, pisze bez wspinania się na palce, z lekkością i pewnym wdziękiem, umiejętnie stopniując napięcie. To bardzo prawdopodobne, ja jednak nie mogę sobie przypomnieć nawet tytułu choćby jednego wiersza Marka Czuku. Pozostanie dla mnie postacią owianą mgiełką tajemnicy i – chciałem napisać – niespełnienia, lecz w porę ugryzłem się w język, bo cóż to jest spełnienie w literaturze i kiedy możemy być go pewni?

[…]

Teraz – jak wiemy – nie ma większego znaczenia, gdzie kto mieszka, bliżej czy dalej od wydawnictwa, koterii, grupy, redakcji. Wówczas zawirowania przełomu wchłaniały tych raczej bliżej chwilowego centrum opiniotwórczego, po prostu „załapywali się” chłopaki, którzy byli w pobliżu.

[…]

[W obronie własnej, w obronie grupy, FA-art nr 1-2 (31-32) / 1998, s. 8-9]

[…]

Jeśli już o Łodzi mowa, to odnotujmy fakt powrotu do poezji niegdysiejszej gwiazdy formacjiRadaru – Marka Czuku, syna Sulejmana Çuku, Albańczyka deportowanego z Polski w kwietniu 1960 roku przez stalinowskie władze albańskie – jak można przeczytać na okładce pierwszej książki łódzkiego autora wydanej w Przedświcie w 1989 roku pt. W naszym azylu. Przypadł mi do smaku, a już na pewno bardzo zadziwił i zastanowił następny tomik Czuku z 1991 roku, właściwie poemat, pt. Książę Albański. To, co wydano teraz, już takiego wrażenia nie robi: Jak kropla deszczu ma charakter podsumowania twórczości, ale wiele tekstów nie mieści mi się w kanonie, wyciągnięto je z szuflad zbyt mocno zapomnianych i mam wrażenie, że jakoś nam się po drodze zestarzały.

[…]

[W oficynie, Odra nr 4 (449) / 1999, s. 123-124]