Piotr W. Lorkowski – Wiersze na własne ryzyko

Piotr W. Lorkowski

Wiersze na własne ryzyko

Piszę. Boli mnie każde słowo
wydobyte z kamieniołomu milczenia

 

Marek Czuku (przypomnijmy: rocznik: 1960, debiut książkowy: 1989) zdaje się przynależeć do autorów wiernych poetyce raz obranej, a następnie rozwijanej – lub rozwijającej się – w precyzyjnie obranym kierunku. Dowodzi tego najświeższy zbiór jego wierszy, w decydującej większości złożony z tekstów powstałych w latach osiemdziesiątych ubiegłego (wciąż brzmi to dziwnie!) stulecia. Lektura tej książki, choć z początku przeżywana jako podróż w niedaleką kalendarzowo, ale mentalnie odległą przeszłość, uświadamia, że wiersz, zwłaszcza dobry, pozostaje mimo wszystko fenomenem współczesnym, gdyż odwołuje się zawsze do tego, co w czytelniku najbardziej aktualne.

1. Nie znaczy to bynajmniej, byśmy mogli – lub potrafili – całkowicie pominąć kontekst czasu, w którym teksty te powstawały – ósmą dekadę, z jej różnorodnością dykcji: klasycystycznych, awangardowych, lingwistycznych, społecznie służebnych i całkiem prywatnych. Aż dziw, że tuż za progiem historycznego przełomu znaczną część rezultatów ówczesnych debat i sporów skazano na zapomnienie, a tych, którzy wątpili w niezaprzeczalną wyższość importowanych stylistyk anglosaskich (głównie nowojorsko-liverpoolskich) nad dykcjami rodzimymi, traktowano niekiedy jak żałosnych epigonów Minionego. Próżno w tym miejscu roztrząsać, dlaczego tak się stało. Lepiej powrócić do rzeczy.

1i½. Nie sposób przeoczyć prawidłowości, że im wcześniejsza data wiersza, im bliżej pierwocin, tym wyraźniej rysują się u Marka Czuku świadectwa rozmaitych wpływów i fascynacji: od Herberta / Barańczaka (cykl: Beton przestał ciążyć, 1982-1984) po Rafała Wojaczka (Polonia Restituta, 1986). Ze zjawiskiem tym, w mniejszym lub większym stopniu właściwym każdemu debiutantowi, zbiega się wiara w kreacyjną, a przynajmniej perswazyjną moc słowa, zaangażowanego np. w pacyfistyczną publicystykę (por. Rola poety w specyficznych warunkach, 1985). Jednak swój dług zaciągnięty u wielkich tudzież małych mistrzów autor Księcia Albańskiego zaczął spłacać w miarę prędko, co zawdzięcza pewnie przyrodzonej mu pasji egzystencjalnej, rozbudzonej samoświadomości, która każe mu szukać istoty własnego „ja”. Dotarcie do tego centrum osoby sprawia, że człowiek, człowiek zamieszkujący jego poezję, mówiący nią, przestaje być jeno wiązką złudzeń, snów, przypadkowych wrażeń. A to już całkiem poważny powód, by oznajmić triumfalnie:

Jestem i będę wam wokół
skaczącego po ulicy serca

(wiersz: Obcy, 1989)

– bo serce w poezji Marka Czuku po biblijnemu czuwa nawet we śnie, wahając się pomiędzy bezpośredniością wyznania a pseudonimowaniem emocji. Z czasem coraz trafniej rozpoznaje sytuacje, gdy przystoi umiar i powściągliwość; oto przykład:

FORMALINA

Wydzielał zapach formaliny
podobny do woni przewożących go
pracowników przedsiębiorstwa komunalnego.

Jego ciało wypełniały dni:
pierwszy – okruchy na stole,
drugi – ta ruda z pociągu,
trzeci, czwarty – nie różniące się od nocy.
Dzień, kiedy poczuł, że ma mięśnie.
Wesela, pogrzeby, chrzciny.
I nowy telewizor za sześć tysięcy.

To naprawdę nie nadaje się na nekrolog.

1988

W tym i kilku innych przypadkach wybór dyskrecji, słuszność oddana faktom (mniejsza o to – zaobserwowanym bezpośrednio czy wywiedzionym z dedukcji) były wyborem nader fortunnym – gestem uczynionym w stronę czytelniczej wyobraźni, który bynajmniej nie zaciera kształtu mówiącego „ja”; nie unieważnia go, nie zmusza do milczenia. Przeciwnie – wbrew śmierci obdarza znaczeniem żywot z pozoru błahy i nieznaczący. Poetyckie „ja”, rezygnując poniekąd z własnego uprzywilejowania, ocaliło ludzki byt przed zupełnym unicestwieniem, nie dyskutując nawet o jego wartości.

2. Takie wyrozumowane rozwiązania byłyby przecież obce duchowi tej poezji, którą dałoby się nazwać liryką towarzyszącą (nie mylić z okolicznościową!). Towarzyszącą lękom protagonisty (Poligon, 1988); miłosnym uniesieniom spowitym w modernistyczne symbole (Takaś mi dzika, 1987), nawet zgranemu do cna banałowi codzienności (Zupa, 1986). Dojrzałość, indywidualne nacechowanie zaczęły te wiersze osiągać w chwili, gdy wkroczyły w sferę wieloznacznego obrazu, bodaj bardziej dającego nam do myślenia, niźli cały, przywoływany we wcześniejszych wierszach katalog pojęć dyskursywnych. Kto chciałby sprawdzić, jakie skutki pociągnęła za sobą owa reorientacja, niechże skupi się na tekście Kopenhaga (1998), który, wyrosły zapewne z konkretnego doświadczenia, nieuchronnie każe ponawiać refleksję nad sprawami,o których się milczy.

3. Publikacja tomu bądź co bądź retrospektywnego, pozwalającego wniknąć w przemiany postawy twórczej i warsztatu, jest w przypadku każdego poety manifestacją otwartości, obnażeniem stylu aż do samych jego źródeł, korzeni. Bywa też aktem odwagi, gdyż ponownie przed czytelniczym trybunałem stają wiersze, które niejeden autor wolałby przemilczeć. Lecz powracając do tekstów debiutanckich, wskazując na swe początki, Marek Czuku zgłasza votum separatum wobec rozmaitych mód, stylistyk, uznanych potocznie za „świeże” lub „nowoczesne”, a nieraz po prostu mechanicznie naśladowanych. Teraz można już powiedzieć, że mamy do czynienia z poetą pewnym swego głosu, mocno obstającym przy własnej odrębności i umiejętności pisania na własne ryzyko, w ostatecznym rozrachunku bardziej owocnej, niźli pokoleniowa solidarność lub stadne bezpieczeństwo.

Marek Czuku, Którego nie napiszę, Fundacja ANIMA, Tygiel Kultury, Łódź 2003.

[Twórczość nr 1 (710) / 2005, s. 106-107]