Poszukiwanie outsiderstwa

Piotr Michałowski

Poszukiwanie outsiderstwa

Opatrzenie tomiku poetyckiego na okładce rekomendacją krytyka, najczęściej wykrojoną z jakiejś recenzji wcześniejszego dorobku poety lub opinii wydawniczej, może stanowić zachętę do kupna (aczkolwiek rzadko, gdy chodzi o zbiór wierszy) albo ukierunkowuje uwagę czytelnika – jeśli prócz ogólnikowych superlatywów, usprawiedliwionych poetyką reklamy, znajdą się zdania zacytowane z poważnej egzegezy. Pisałem już przy innej okazji o dezorientacji, do jakiej doprowadza tego rodzaju akcja promocyjna, która albo naprowadza na błędne tropy, albo po prostu irytuje jako zbędna „instrukcja obsługi” wierszy; teraz chodzi o konkretny przykład, którym jest zbiorek Marka Czuku. Na okładce jego tomiku Ars poetica w rekomendacji Piotra W. Lorkowskiego czytamy m.in., że […] to książka przede wszystkim dla tych, którzy zgodzą się z faktem, że poezja nie jest tylko grą lingwistycznych inwencji, a świat, o którym podejmuje się mówić – procesją ‘simulacrów’; ale to, do czego poetycki dyskurs się odnosi, istnieje naprawdę, a my powinniśmy dyskutować również o tym, co ‘ładnie brzmi / ale brzydko pachnie’. (Ostatni zwrot stanowi cytat z jednego z wierszy Czuku).
Niewątpliwą zaletą tego promocyjnego komentarza jest to, że po lekturze tomiku skłania do polemiki – jako półprawda. Druga rekomendacja, Jana Stolarczyka, jest jednozdaniowa i ogólnikowa, a przez to bliższa językowi reklamy: Przeczytałem wiersze poety, który chodzi własnymi ścieżkami poetyki i wyobraźni. Oczywiście, czytając taki frazes trudno zgadnąć, czyjej poezji ma być charakterystyką, gdyż pasuje do niemal każdej.
Kiedy przeczytałem te wiersze, także doceniłem ich wartość, jednak zupełnie inaczej niż drugi z krytyków. W rekomendacjach niebezpieczeństwo polega na tym, że liczy się tylko pozytywny wydźwięk oceny, a nie jej uzasadnienie; tymczasem trafność diagnozy nie sprowadza się przecież do tego, by chwalić jak bądź i stwierdzić „że się coś podoba”, ale „jak się podoba” i dlaczego. Rozumiem, że cytaty wykrojone zostały tendencyjnie, a o ich wyborze zdecydowały skondensowane komplementy, a nie wartość poznawcza. Otóż uważam, że Marek Czuku znajduje się nie na pustyni, ale w lesie tradycji, gdzie zwiedza przede wszystkim ścieżki cudze, które przecinają się wciąż z jego własną, dopiero wydeptywaną; znajdziemy bowiem w tych wierszach liczne echa intertekstualne i przymiarki do kilku łatwo rozpoznawalnych poetyk, smakowanie współczesnych klasyków, próby adaptacji tradycji i prowadzenia z nią sporów.
Poeta formułuje negatywne credo: nie wierzy w abstrakcje ideologii; zachowuje dystans do zarówno liberalnej demokracji, jak postmodernizmu, a złudom tym przeciwstawia empiryczny konkret. Chce być zatem outsiderem, konsekwentnie odrzucając jakąkolwiek przynależność polityczną czy ideową. Deklarację tę wprawdzie mąci fakt, że książka została wydana w Bibliotece Frondy, ale pominąć go można jako zdarzenie pozatekstowe, o którym zaważyć mógł przypadek i szanse wydania – tak czy inaczej odrzucić warto tę nazbyt łatwo narzucającą się ironię losu jako poważną wykładnię.
Czuku rzeczywiście chce być „inny” i niezależny (choć dziś to zjawisko modne i powszechne), definiując siebie w miniaturowych manifestach, składających się na wiarygodny mozaikowy autoportret. W znacznym stopniu powstaje wizerunek w sensie logicznym negatywny; poeta tworzy go poprzez sumę zaprzeczeń, niejako rysując zewnętrzny kontur swej osobowości, określony przez wartości zaprzeczone. Taki jest również lingwistyczny wiersz Na każdy temat, który wariacyjnie rozwija aforyzm Sokratesa:

sądzę że
nic nie sądzę
nie mam zdania
jednym zdaniem
nie uważam
na siebie
w zasadzie
mam zasady i
nie wybieram tak
jak leci bo wiem
bowiem że
nic naprawdę
się nie wydarzy
chyba że

Nietrudno zauważyć, że stematyzowanej osobności i asertywności przeczy informacja implikowana przez styl, w którym rozpoznajemy konwencję poezji lingwistycznej. Poeta świadomie przyjmuje wyrok skazujący go na naśladownictwo, zgadza się na uwikłanie intertekstualne swego głosu i przyjmuje oferty cudzych poetyk. Tym samym do licznych wartości przez siebie odrzuconych milcząco dodaje złudzenie awangardowej wynalazczości sztuki słowa. Czuje presję tradycji poetyckiej, choć chciałby zachować autonomię, wzdragając się przed stadnymi odruchami i manifestacją jakiejkolwiek artystycznej wspólnoty:

Najchętniej to bym zagrał w pomidora,
zwłaszcza że zaczął się sezon
na wspólne stanowiska.

Wprost deklaruje natomiast niewiarę w zbawczą moc poezji – wyrażoną w sonecie, co ważne dla skontrastowania tematu wypowiedzi z jej formą – przywołuje klasyków współczesności, by zdystansować się zarówno do metafizyki Miłosza, jak nieufności Różewicza.
Czteroczęściowy mikropoemat Kamienne kręgi to reportaż z rozproszonych donosów rzeczywistości (by rzec za Białoszewskim) – epizodów pozbawionych znaczenia, które (by rzec za Różewiczem) złożyć się nie mogą w żadną sensowną całość. To odrzucana albo ignorowana zewnętrzność, podejrzewana jednak o skrywanie tajemnicy przez duże T. Z kolei wiersz Ars poetica (dom wariatów), którego podtytuł reinterpretuje przywołaną w tytule całego zbioru tradycję, zawiera motywy postmodernistycznego „wyczerpania” i Różewiczowskiej „śmierci poezji”, wreszcie glosę do starej Miłoszowej Przedmowy z tomu Ocalenie. Ponadto są jeszcze odwołania do Ziemi jałowej Eliota.
Nieufność do języka przypomina jednak przede wszystkim doświadczenia lingwistów, zwłaszcza nowofalowe, znajdując ujście w przedrzeźnianiu zdewaluowanej mowy. Poezją życia codziennego jest banał i frazes, nieadekwatnie opisujący rzeczywistość, gdyż – Wszystko to ładnie brzmi, / ale brzydko pachnie – jak stwierdza poeta, co prawda w wierszu Bin Laden zakłada bojówki, który niepotrzebnie zawęża zakres tej celnej konstatacji. Są także cytaty z okólników i ogłoszeń, danych rocznika statystycznego, a więc frazeologiczne ready mades – czasem przytoczone bez żadnej metajęzykowej obróbki. Ponadto jest wiele refleksji metapoetyckich, wypełniających znaczną partię wierszy – od zdiagnozowanej „śmierci poezji” po lingwistyczny pokaz językowego przymusu poezjowania. Wiersz Nie zamilknę zbudowany został z szeregu przerzutni pociętych słów – miejscami odkrywczych, choć niezbyt spójnych syntaktycznie. Znajdziemy także kontynuację dociekań Rafała Wojaczka co do płci poezji. Efektem eksperymentu innej inkarnacji jest pokaz sprawności rymowania tekściarza piosenek; pokaz, w którym dostrzec można intencję parodystyczną:

Dzisiaj w galerii kawy dwie.
Za barem barman kiwa się.
Myślałem, że już nie ma mnie,
a to od nowa kocham cię.

[16:06]

Za bardzo udany trzeba uznać pastisz poetyki Białoszewskiego opartej na grze słów:

W drzewie
drze się wiersz

Nie posłał drzewiej
Kochanowski
Emalii
nie kochał
(tak się wyspał)

[Ars Emalia (à la Miron)]

Wszystko to razem nie układa się w żaden manifest poetyki własnej i suwerennej, ale wydaje się reprezentatywne dla tego wszystkiego, co jeszcze powtarzać w poezji warto – za Różewiczem. I co jeszcze powtarzać można – po nim.

Marek Czuku, Ars poetica, Biblioteka Frondy, Warszawa 2006.

[Pogranicza nr 5 (64) / 2006, s. 92-94]