Stanisław Burkot

Stanisław Burkot:

Poezja w latach 1989-2003

Pod koniec lat osiemdziesiątych niewiele było debiutów poetyckich. Wymienić tu trzeba jednak twórczość Krzysztofa Lisowskiego (Próba obywatelstwa, 1975; Drzewko szczęścia, 1980;Ciemna dolina, 1986), Bronisława Maja (Taka wolność, 1981; Zmęczenie, 1986; Album rodzinny, 1986), Piotra Sommera (Czynnik liryczny…, 1986), Karola Maliszewskiego (Dom i mrok, 1985; Wiersz wolny, 1987), Sławomira Matusza (Nie podaję nikomu ręki, 1985), Marka Czuku (W naszym azylu, 1989). Przed 1989 rokiem debiutował w prasie Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki (pierwszy tomik Nenia i inne wiersze wydał w 1990). Urodzeni w latach 1950-1960 nie tworzyli jednolitej formacji intelektualnej, mieli jednak wspólne doświadczenie biograficzne: na czas ich debiutów przypadł kryzys ustrojowy – wielka przemiana społeczna. Jeśli uwzględnić ostateczne odejście wielu twórców w latach 1980-1989 i powolne wygasanie tych inspiracji, które aż do 1989 roku wyrastały z wydarzeń społeczno-politycznych, ze stanu wojennego, to debiuty te nie wyznaczały nowej fazy w przemianach poezji.

[…]

Od 1990 roku pojawiać się poczęły tomiki debiutanckie lub kolejne tomiki młodszych, urodzonych po 1960 roku: Sławomira Matusza (…), Krzysztofa Koehlera (…), Jacka Podsiadły (…), Pawła Marcinkiewicza (…), Marcina Barana (…), Romana Nowaka (…), Artura Szlosarka (…), Marka Pieniążka (…), Andrzeja Niewiadomskiego (…), Janusza Orlikowskiego (…), Marcina Sendeckiego (…), Katarzyny Szeloch (…), Marcina Świetlickiego (…), Zbigniewa Chojnowskiego (…), Karola Maliszewskiego (…), Janusza Koryla (…), Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego (…), Mariusza Grzebalskiego (…), Adama Wiedemanna (…), Jarosława Klejnockiego (…), Marka Czuku (…), Tomasza Titkowa (…), Andrzeja Sosnowskiego (…).

[…]

Poeci wywodzący się z kręgu wczesnego bruLionu świadomie brutalizują język, skandalizują, bo w takim geście poetyckim kryje się możliwość zanegowania stereotypów myślowych, przywrócenia doświadczeniu osobistemu realnych, nie zmistyfikowanych wymiarów; wreszcie – demonstracyjnie wybierają tematy banalne, „bylejakie”, bo w nich, a nie w wielkich słowach, kryje się zła tajemnica życia – nuda i beznadziejność. Jednakże odnaleźć można i tendencje odwrotne: wiersze Marka Czuku, zwłaszcza z ostatnich tomików, prezentują fascynację autora odkryciami w zakresie metaforyki, składni poetyckiej, rytmiki. Jeśli jest to dalekie echo dawnego „lingwizmu”, to rodzi się nie z nieufności do języka, lecz z szacunku, ze zrozumienia, że poezja jest „pracą w słowie”.

[…]

[Literatura polska po 1939 roku, Wyd. II, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, s. 316-323]