Przechodzimy do historii

Marek Czuku


Przechodzimy do historii

44 wiersze z lat 1998-1999


Wydawnictwo Biblioteka
Łódź 2001




                        Rozwaga czyni nas tchórzami
                        [W. Shakespeare, przeł. J. Pietrkiewicz]




Sobie – w 38. urodziny


Nie mogę przegrać,
bo mnie nie ma.

Nie liczę na nic,
więc mam wszystko.

Milczę.
Nieobecni mają rację.




*   *   *


Objawia się
jak zapomniany ojciec,
przedawniony lęk
albo obalony car.

A może to statek pijany,
opowieść wariata,
czy męt i zamęt?

Nie znajduję z nim
wspólnego języka.
Wszystko już zostało
powiedziane.




Chory


Nieswój. Blednie po każdym słowie.
Czuje czas. Obcy.
Idzie przed siebie.
Gubi pościg. Łamie gałęzie.
Brnie. Łże.
Cichnie, gdy dnieje.
Porusza się. Śpi.




Lęk


Kocha i nienawidzi.
Profesor lub analfabeta.

Myśli dialektycznie,
odwołuje się do sumienia.

Czuje historię i śmierć,
zna ludzkie ścieżki.

Liczy dni, stan konta.
Liczy na innych.

Niczego nie rozumie
(tych myśli, co nie nowe).

Zmieszany ze słowami
staje się treścią żołądka.

Paveo, ergo sum.




Rozmowa z diabłem


Był bardzo uprzejmy
i wcale mi nie ubliżał.

Podał kawę, cukier
oraz słone paluszki.

O nic nie pytany
opowiedział całe życie.

Długo bronił swoich racji
mimo mojego milczenia.

Na odchodnym podarował
stare kapcie.

W drodze do domu
wyrzuciłem je do śmietnika.




Wolny wybór


Lochy Tower lub kazamaty Łubianki,
milczenie bądź sława,
moda luzu albo mądrość skały.

Samba – bossanova,
ZMS – KOR,
długie włosy – kolczyk w uchu.

Początek jest między:
ustami a słowem
(pocałunkiem, jedzeniem),
sercem a Bogiem
(człowiekiem).

Koniec jest pewnością
(alternatywą).




W celofanowych obwolutach


Czasy mamy mało estetyczne.

Nie ma już koncertów brandenburskich,
a bolero (w zdrobniałej formie)
najczęściej kojarzy się z kamizelką.

Zresztą dużą część życia przeznaczamy
na – urągające kanonom piękna –
czynności fizjologiczne.

Patriotyzm też ma ciemną stronę:
Krew jest lepka, brudzi ubranie
i po pewnym czasie rozkłada się.
Na polach bitew ciała leżą bez ładu i składu.
A jakże pełne nienawiści są okrzyki bojowe.

Co innego schludnie wydane książki
w celofanowych obwolutach.

Lubimy w nich czytać
dobrze zbudowane zdania
o prawidłowej interpunkcji
i wyraźnej czcionce
(aby nie psuł się wzrok).

Nawet nie próbujemy im nie wierzyć.




Przezroczyści


Mimochodem przechodzimy do historii.

Zwykli i codzienni wypełniamy szpalty gazet
(bywa, że ktoś weźmie nas za Kościuszkę).
Idealnie przezroczyści
mijamy się na wąskich kładkach.

Towarzyszą nam słowa –
nie zawsze godne i dyplomatyczne.
Uodparniamy się na światło,
które bez znieczulenia dotyka świata.

Rozwijamy nauki.
Złote lata przeżywają
matematyka i leksykologia,
choć i je drąży śmiertelny bakcyl.

Kapitulujemy tylko raz,
gdy już nie mamy innego wyjścia.

Za oknem burza.




Świat jest brudny


Kiedyś urodził się Kain.
Niewolnicy nosili kamienie,
a drogi znaczono krzyżami.

Ludzie ogłuchli i stracili pamięć.


*

Mijamy się, błądzimy.
Gubimy kawałki życia.
Tracimy wszystkie trzy czasy.
Spalamy się, niszczymy...


*

To rośnie w gardle jak krzyk,
spada z dziesiątego piętra
i umiera jak miłość.


*

Błogosławiony każdy dobry człowiek.




Przesilenie


Pielęgnujemy czas, łapiemy Boże iskry.
Pomagamy, ufamy, bierzemy,
dajemy, odkrywamy, łączymy...
Liczymy na człowieka
(chcemy go mieć dla siebie).


*

Widziałem dwie twarze
odbijające się nawzajem w sobie.
Zbliżały je: początek i koniec,
szczyt i dno, miłość i śmierć.


*

Odeszły wczorajsze mary i upiory.
Miasto odetchnęło po majowym upale.
Nasza chora już zasnęła.


*

Mamy dzieci, choć straciliśmy siebie.
Nie mamy dzieci – to my sami.


*

Dużo w nas miłości.




Chłopaki


Chłopaki z mojej klasy słuchali
Deep Purple, Led Zeppelin, King Crimson.
Nosili długie włosy i rifle kupione w Peweksie.
Na kurtkach malowali portrety Jimiego Hendrixa,
a na rękach robili sobie sznyty.

Chłopaki pisali na torbach i piórnikach
AJAX, FEYENOORD, GÓRNIK ZABRZE
(wszyscy nienawidzili Legii),
a także YIP obok okrągłych pacyfek.

Chłopaki wymieniali się ce-te-betkami,
żeliwnymi kulkami i kolorowymi prospektami,
które dostawali z Dunlopa, Rovera i Alfy Romeo
(wcześniej pisali listy
zaczynające się od Dear Sirs).

Chłopaki na przerwach grali w cymbergaja
i palili sporty w ubikacji.
Po lekcjach bili się o honor z chłopakami
z VIIb, rozgrywali mecze i trenowali kosza.
Na waksach pili wino za 22 złote i gadali
z dziewczynami na łące za boiskiem.

Chłopaki z mojej klasy
mają żony albo kochanki,
głosują na AWS albo SLD,
do pracy jeżdżą autobusami
albo oplami vectra,
a ich chłopaki chodzą
do VIIc albo VIIb.

Nie wiem, czy wszyscy żyją
(może ich nigdy nie było?).




Carpe diem


Jutro Łukasz jedzie na wycieczkę do Kazimierza.
Razem przeglądamy książkę o Batalionie „Zośka”
słuchając piosenki Let It Be
(kilka dni temu zmarła żona Paula,
od 18 lat nie żyje John).
Zwracamy uwagę na sympatyczną twarz „Anuli”
(tak samo nazywamy naszą Anię) –
Anny Sawickiej
(ur. 1928, poległa 15 września 1944 na Czerniakowie).

Łukasz już śpi.
Obliczam, że od śmierci Jezusa
minęło około 1968 lat.
Liczba ta od razu kojarzy mi się
z takim samym rokiem
(miałem wtedy osiem lat).
Sięgam po francuskie wydanie
le livre rose du HIPPY
(przywiezione kiedyś zza „żelaznej kurtyny”).
Myślę: O, sancta simplicitas!
widząc cytaty z Szekspira
zachęcające do zażywania LSD.

Notuję:
	Niech będzie nowy dzień
	i tłum dobrych ludzi.
	Niech żyją w nas marzenia
	(możesz je zabić – narodzą się nowe).




Grubelek


Urodził się między pytaniem
Czy umarniemy?
a piosenką o czarnych jagódkach.

Codziennie leci do nieba
unosząc główkę, rączki i nóżki.
Zasypia jak aniołek
w niewinnym serduszku.

Obok Jezusa Chrystusa
jest alter ego Ani
(która czasem o nich zapomina,
na przykład dla misia Oli).

Gdzieś daleko –
za morzami i górami
ukryta jest tajemnica:
Grubelek to gruby wróbelek.




Sarenka


Była w lesie sarenka
i patrzyliśmy na nią przez lornetkę.
Przebiegała przed samochodem,
ale jej nie potrącił,
bo szybko uciekła.

Babcia Tereska mówiła dawno temu
(przed kilkoma miesiącami),
że samica łosiowa
urodziła małe cielęta
i przyleciały jaskółki.

Ania lubi sarenkę,
bo je trawkę,
pije picie z jeziora,
chodzi i nikt nie może
jej przejechać.




Puszek


Biega u babci Kazi
i chodzi z Anią na spacer.
Wygląda tak samo,
jak pluszowa zabawka.
Ma małe ostre ząbki
i boi się wejść do samochodu.

Dawno temu był w lesie
i wszedł mu do głowy kleszcz.
Potrącił go samochód
i złamał mu pazurek.

Ania go kocha.
Pójdzie z nią do nieba
i będzie szczekał
na dworze u Jezusa.

Jest grzeczny
i łapie z Agą kotki.




Diabeł tasmański


Pojawia się w snach,
gdy męczy nas głód.

Jest wyrzutem sumienia –
bojaźliwym, a jednak drapieżnym.

Liczy się z nami,
choć narzuca swoją wolę.

Jak krwiożerczy czas:
zjada marzenia,
dręczy dzieci,
niszczy zabytki,
pokrywa szronem drzewa,
błądzi po pijanemu,
zrzuca pomniki z cokołów,
karmi nas padliną
(zabija więcej niż może zjeść).

W gruncie rzeczy
to bardzo miły torbacz
o nieproporcjonalnie wielkim pysku
i krótkich nóżkach.




Na drugi brzeg


Poza nami przepływa powietrze.

Książę Józef Poniatowski
znów ginie w Elsterze.
Budują się domy, fabryki i stocznie.
Na celowniku po raz kolejny
trafia się człowiek.

Płyną gęste chmury.
Lecą pszczoły i osy.
W morzu kąpie się wiatr.

Budzą się w nas olbrzymy (albo demony).
Sprawni i rozumni
przebudowujemy najbliższą okolicę
(aż dotrzemy do serca świata).

Przed nowym hipermarketem
jakieś nogi rozmawiają
przez telefon komórkowy
(w dzieciństwie grały
w komórki do wynajęcia).

Ziemia paruje po burzy.

Krok po kroku posuwamy się do przodu.
Patrzymy, słuchamy, toniemy w zgiełku
(miasto nam tego nie wybaczy).

Wiele twarzy, rąk, nóg – ciągle nowych.
Brniemy po pas w morzu samochodów,
aby – we śnie – przeprawić się
na drugi brzeg.




Zapominam swoje imię


Za oknem wieje zimny wiatr.
Radiowy zegar wybija północ.
Mijają kolejne Zaduszki.

Bezskutecznie staram się nadążyć
za prześcigającymi się wydarzeniami,
wrócić do paru zbożnych lektur,
być może wyjechać w góry.

Sąsiedzi za ścianą
prowadzą nocne rozmowy,
Europa mozolnie się jednoczy,
Rosja i Serbia na długo
pogrzebały swoje szanse.

Przyroda znowu potwierdza stare prawdy,
książki nareszcie trafiają pod strzechy
(ich język jednak coraz częściej
przypomina uliczny zgiełk),
znany zespół rockowy
śpiewa o nowej wieży Babel.

Czegokolwiek jeszcze
bym tutaj nie dopisał,
nie zmieni to niczego.
Nie mogę nawet
rozluźnić gardła,
w którym utkwiło
moje własne słowo.




Koniec jesieni, 1998 rok


1.

Sypie śnieg. Zmarznięte drzewa
przypominają chorych ludzi,
którzy nie wierzą w przemijanie
pór roku. Miasto gasi światła.

Bezdomni znikają na marginesie
kroniki wypadków. Ich cienie
unoszą się ponad gazonami
przy pofabrykanckich pałacach.

Kaci i oprawcy spokojnie śpią.
Czuwa nad nimi sprawiedliwość
epoki pieców i łagrów. Maszeruje
armia nowych słów i myśli.

Mija niedziela, dzień Pański.
Nasza wiara na chwilę wyszła z domu,
aby zaczerpnąć świeżego powietrza.
Mróz ścina białko. Filozofuje cisza.


2.

Głęboko ukrywam mój wiek
jak wykorzystany welon.

Idę przez śpiące miasto
ku przebrzmiałym głosom
burzy, sowy, dzwonów.

Mijam szkołę życia,
którą dałem sam sobie.
Za horyzontem majaczą bramy raju,
gdzie rzadko gości człowiek.

W ciszy czai się miłość;
dzieci podadzą ją dalej
(zło to domek z kart).


3.

Ania kaszle, opada ciśnienie.
Wiatr zadaje pytania.




*   *   *


Moja córka jest już synem,
syn – mną,
a ja – ojcem,
którego nigdy nie miałem.




*   *   *


Mistrzowie piją
dużo używają
słów
i domagają się legalizacji
snów.

W weekendy wyjeżdżają
na Zdrowie* do ogrodu
zoologicznego albo
albo botanicznego.

W niedziele odpoczywają.




* Park na przedmieściach Łodzi




Kabaret La strada


Za plecami czai się oddech.
Bajkę znów snuje Puszkin.
Wszędzie tupot białych mew.

Dobry smak traci język.
Etos wznosi wieżę z betonu.
Niczego nie przenosi wiara.

Romans grozy cofa milenium.
Rzeki i ludzie tracą horyzont.
Występują...

Pada suchy strzał.
Bełkot.




Słowa (słowa: słowa...)


Wisimy na włosku
podzielonym na czworo,
a życie jest rakotwórcze.

Składamy się z fizyki
i metafizyki (ciało
i dusza to uczta bogów).

Ciało to obóz
koncentracyjny
dla duszy.

Materializm jest ideą
i nawet ateista
ma chwile zwątpienia.

Czy rozum się wymyślił?
Skąd się wzięła
chemia mózgu?

Budujemy słowa:
krzyż, stos, gilotyna,
łagier, piec.

W głowach lęgną się
stonki, gnidy, pluskwy
i inne insekty.

Prawda jest apolityczna
(jak zauważył towarzysz Lenin),
a rewolucja przywróci porządek.

Czym się różni
kontrolowana spontaniczność
od spontanicznej kontroli?

Ciepło równa się emcekwadrat,
bezpieczeństwo to służba,
a miłość jest pełnopłatna.

W majestacie wolności
reklamujemy prawo
(mamy do tego prawo).

Kłamiemy,
żeby powiedzieć prawdę,
która jest poza słowami.

Miłość to 1 + 1 = 1.
To proste jak punkt;
to płaskie jak sfera.

Czy potop jest piekłem?
Ile wody jest w esencji?
Czy sednem jest punkt wyjścia?

Nie ma mnie, więc jestem.
Nie umrę, póki żyję.
Nie wiem, czy nic nie wiem.

Skoro wiersz ulega
rozkładowi, to czy
może być zbawiony?

Co było pierwsze:
słowo chaos
czy chaos słów?




Twoje słowo


Nie ma ciebie bez kilku słów,
których nigdy nie zrozumiesz.
Znasz je od urodzenia,
wypowiesz w chwili śmierci:

Matka, Jerozolima,
miłość, Ateny,
dziecko, Rzym,
twoje słowo.




Underground


Tego, co ważne, nie ma w gazetach
ani na listach bestsellerów.
Milczą o tym autorytety
i gadające głowy.
To czasem klęknie w nas,
ukryje się w piwnicy
albo między wierszami.

Tylko to, co nieważne,
dzieje się poza nami.




Gazeta – matka


Bliska jak wiejska kapliczka;
prawdziwa jak miłość;
dobra jak Polska.

Dzwonili z centrali,
że to nie chwyci.




Czarna owca


Pewnego dnia stwierdziłem,
że jestem czarny
jak Murzyn albo sutanna.

Nade mną zaczęły gromadzić się
czarne chmury (pewnie to
sprawka jakichś ciemnych sił).

Tymczasem publicyści publikowali,
humaniści humanizowali,
uczeni nauczali
(a Kali ukraść krowę).

Instynkt samozachowawczy
kazał mi się wybielić:
rzuciłem palenie,
przestałem czytać książki,
trzy razy dziennie myłem zęby.

W efekcie przestałem różnić się
od ściany, w którą dotychczas
tłukłem ciemnym łbem.




Sukces


Nie czytam pism
dla każdego mężczyzny,
a moja żona nie jest
feministką.

Syn nie słucha rapu,
a córka nie bawi się
lalką Barbie.

Poza tym nie jesteśmy
ludźmi sukcesu.




*   *   *


Chciałbym się z tobą mylić,
popełniać twoje błędy,
wierzyć w twoje kłamstwa,
żyć w twoim urojonym świecie.

Choć tego po mnie oczekujesz,
prawda jest gdzie indziej
(i nie mam na to wpływu).




*   *   *


Nie wciągaj mnie
do swojej pustki.
Nie mam już siły
w połowie drogi.

Walczę z miłością
własną o prywatność
(imię i nazwisko
przestały być moje).

Powoli tracę pamięć
(nie mogę się pogodzić);
jestem zmęczony;
nie jestem w stanie.

Pogrążam się w otchłani.
Za dużo oczekujesz.




Déjà vu


Bez żadnego dotknięcia
ani zatracenia.
Bez jednej chorej myśli
i dobrego słowa.

Na zawsze i na niby.
Na przekór sobie,
wbrew logice.

Uciekam od ciebie
moja nienarodzona.




Sonet II


Biała, nietknięta postać – szalem zasłonięta;
czerwone, zimne usta – ciche, choć zabawa;
nogi smukłe jak drzewa – to mocna podstawa.
Gdy zagrała orkiestra, ona była święta.

Stanęła milczkiem z boku – twarda, nieugięta,
nieczuła na namowy, wieczna niczym trawa.
Wzgardziła i mą dłonią, co biła jej brawa.
Daje kosza każdemu, kto jej wdzięk pamięta.

Weź do siebie te słowa – dziewczyno bez grzechu:
Nie igra się z miłością, gdy przychodzi szczerze,
i nie wykpiwa ognia żywego w uśmiechu.

Dotrwasz do końca tańców i znikniesz w niewierze
jako dym, który wzlata w niebo bez pośpiechu.
Sczeźniesz, zginiesz, przepadniesz i niech cię... czart bierze.




Skąd w pani tyle złości?


Takie ma pani ładne oczy.
Tyle ma pani w sobie ciepła.

Takie ma pani dobre serce.




Nie rozumiem


Pokochaj mnie. Jestem stary.
Bredzę przez sen i we dnie.
Zawsze byłem niepoukładany.

Wiem lepiej od ciebie,
czego ci brak, a raczej –
czego nie wiem o tobie.

Myślę, choć nie myślę.
Kocham, choć nie kocham.
Czuję, choć nie czuję.

(Żyję tylko wspomnieniami.)

Pokochaj mnie,
choć ciebie nie rozumiem
i mówię bez sensu.




Wymykają mi się słowa złe, chore...


Czasem klnę, na czym świat stoi.

Szukam związków między czasem a snem
(tobą a mną) albo odrabiam lekcje
zadane nam przez starych mistrzów.

Świat nie jest dany raz na zawsze.
Proszę i walczę o niego.
Liczę na kilka osób...

Przegrywam potyczki z cieniem drzewa,
snem wariata i błyskiem z ciemności.
Tonę w milczeniu straconych złudzeń.

Odkrywam nowe lądy, które zawsze
były na wyciągnięcie ręki.
Atakuję, uczę się i akceptuję.

(Skąd więc się biorą wątpliwości?)




*   *   *


Świat rozpocznę
od herbaty i jajecznicy.
Potem zajmę się pierwiastkami,
kaktusem w doniczce
i sąsiadem z góry.

Siebie skończę
po herbacie.


*

Za dużo mnie
we mnie.




Wprost


Na pola opada dym,
dzieci wyglądają jutra,
pociągi dojeżdżają do celu.

Z wolna narasta humanizm,
dojrzewają uczucia,
a marzenia stają się faktem.

Coraz bardziej pragniesz
miłości, wiary i życia.
Lgniesz do słońca –
wiernego jak dzień
i lekkiego jak prawda.

Czujesz muśnięcia
wczorajszej trawy;
bolą cię razy
sztormowego wiatru.

Jesteś tam,
gdzie rosną drzewa
i cichną kroki.
Wewnątrz i poza.
Współodczuwasz...

Panujesz nad zwierzętami
i maszynami.
Nigdy nie uwierzysz
w moc zniszczenia.

We mgle wciąż majaczy
twoja zdziwiona twarz.




Przed godziną


Na ulicy sprzedają sny.
Płacze dziewczyna.
Stary człowiek
chwyta się za serce.

Nie masz na to wpływu.
Odchodzisz wraz z tym,
na kogo liczyłeś,
z kim nie rozmawiałeś,
kogo się bałeś,
o kim nie wiedziałeś,
kim się nie stałeś.

Przed godziną
mogłeś zbawić świat.




*   *   *


Trochę przedmiot, trochę człowiek.
Trochę Hitler, trochę Żyd.
Trochę czerwony, trochę czarny.
Trochę kobieta, trochę dziecko.
Trochę świnia, trochę orzeł.
Trochę powietrze, trochę niebo.
Trochę chory, trochę mądry.
Trochę opoka, trochę proch.

Jestem chrześcijaninem.




Błysk w mroku


                  W 20-lecie pontyfikatu Jana Pawła II


Urodził się, by świadczyć
o tym, co nosi ta ziemia,
i o nietrwałości wszelkiego jarzma.

Mówi o trudach daremnych
i wiecznych prawach,
a słowa Jego odbijają się w słońcu.

Daje nam siebie i swego ducha,
aż wszystkie sprawy tego świata
w miłość się obrócą.

Jest z nami
i trwać będzie przy nas
na przekór śmierci.




I stał się człowiekiem...


Socjalista dla socjalistów.
Liberał dla liberałów.
Konserwatysta dla konserwatystów.




Sonet III


A jeśli Boga nie ma, cóż nam pozostanie?
Czy nasza ziemska droga to tylko minuta
w falowaniu materii; ulica zasnuta
cieniem natrętnych myśli, że wszystko – mijanie?

A jeśli zgaśnie Słońce, nasze w duszy granie
przepadnie, umrze atom i diabeł Boruta
(co i tak jest legendą)? Wątpliwości nuta
brzmi jak requiem dla świata i podważa trwanie.

A jeśli Boga nie ma, kto wymyślił miłość,
serca nićmi powiązał, zaszczepił sumienie,
zliczył liczby, napisał prawa, które siłą

spajają molekuły, gwiazdy i kamienie?
I kto by wtedy wątpił, gdyby nic nie było –
w dzień i noc, dawcę życia i w samo wątpienie?




*   *   *


Uśmiercając Boga
wydajesz wyrok
na siebie.


*

Ciało umiera
oprócz duszy,
która nie istnieje
materialnie.


*

Z czasem ciało
wypełnia się
treścią.




*   *   *


Im nas mniej,
tym nas więcej.

Im nas mniej,
tym więcej Boga.




Spis wierszy


Sobie – w 38. urodziny
* * * [Objawia się...]
Chory
Lęk
Rozmowa z diabłem
Wolny wybór
W celofanowych obwolutach
Przezroczyści
Świat jest brudny
Przesilenie
Chłopaki
Carpe diem
Grubelek
Sarenka
Puszek
Diabeł tasmański
Na drugi brzeg
Zapominam swoje imię
Koniec jesieni, 1998 rok
* * * [Moja córka jest już synem...]
* * * [Mistrzowie piją...]
Kabaret La strada
Słowa (słowa: słowa...)
Twoje słowo
Underground
Gazeta – matka
Czarna owca
Sukces
* * * [Chciałbym się z tobą mylić...]
* * * [Nie wciągaj mnie...]
Déjà vu
Sonet II
Skąd w pani tyle złości?
Nie rozumiem
Wymykają mi się słowa złe, chore...
* * * [Świat rozpocznę...]
Wprost
Przed godziną
* * * [Trochę przedmiot, trochę człowiek...]
Błysk w mroku
I stał się człowiekiem...
Sonet III
* * * [Uśmiercając Boga...]
* * * [Im nas mniej...]