Arkadiusz Frania

Arkadiusz Frania




*   *   *


niekiedy jesteśmy
tak blisko siebie
że nie wiem
czy mówię swoimi ustami
czy w ciele bije moje serce

niekiedy jesteśmy
tak blisko siebie
że nie wiem
czy jeszcze jestem mężczyzną
czy już kobietą

niekiedy jesteśmy
tak blisko siebie
że nie wiem
czy potrafię cię przytulić




*   *   *


na przykład
mnie nie ma

co zrobi słońce które
nie może
opromienić twarzy należącej
do arkadiusza frani

co się stanie z wodą
która nie ugasi pragnienia
spieczonego gardła arkadiusza
frani

na przykład
nic się nie stanie




*   *   *


gdybym
był francuskim poetą
apollinairem
napisałbym wiersz o
twojego ciała siedmiu
bramach
które zacząłem zdobywać

gdybym był polskim poetą
herbertem
zjadłbym twoje
ucho różowe
oczywiście nocą

a ponieważ jestem
arkadiuszem franią
powiem tylko
rób tak dalej
a eden stanie
się
stajnią augiasza




*   *   *


robak
który miał się okazać
mieszkańcem
komnaty mojego odkrwionego ciała
przyszedł wczoraj do
mojego dalekiego domu
z butelką wódki
i z prośbą o rozgrzeszenie




*   *   *


mówisz
z głowy wyrasta mi
gałązka bzu
ale nie czuję się
drzewem

mówisz
z ciała wypływa mi
strumień
ale nie czuję się
źródłem

mówisz
rosną mi ręce
włosy nos
ale nie czuję się
człowiekiem




*   *   *


i na tyle być
by nie zniknąć
i nie zlać się
z sierścią otoczenia

i na tyle iść
by nie ustać
i nie zgubić się
w mrowisku

i na tyle mówić
by nie milczeć
i nie przepowiadać

i na tyle kochać
by być
iść
i mówić




z cyklu „studium kobiety”


władysław ślewiński „czesząca się”


w studium kobiety
najważniejsze są
włosy

rude
przecinają płótno
na dwie
nierówne części

górna
iskrzy się od
pożądania

dolna
gaśnie w obnażonych
ramionach




z cyklu „studium kobiety”


gustaw klimt „salome”


najpierw zobaczyłem piersi
prawa odrzucona w
bok
lewa patrz
czarnym okiem
sutka
w tetrarchę galilei i
perei
który tuli kochankę

jak gejsza
tancerka
w czarnym świetle
wieczoru
otwiera się
wabi
pragnie

jest muszlą
motylem
owadem

twarz uśpiona w
tańcu

taniec
wart pół królestwa
palestyny

dłonie
niespokojne
chwytają w pajęczą siatkę
głowę
która
będzie ścięta

głowa
warta więcej niż
pół królestwa
palestyny

kiedy umilkła muzyka
kitary
przyszedł czas by spełnić wolę
tańczącej dziewczyny

głowa świętego jana chrzciciela
leży na
misie
odstąpionej tancerce
przez heroda antypasa




*   *   *


kiedyś
kropla krwi
podejrzewała mnie o
zbrodnię
łza o
wzruszenie

dzisiaj
obie przyłapują mnie na
zimnym uczynku




*   *   *


bosonogi żebraczyno z asyżu
uczyłeś miłości do zwierząt i roślin

mówiłeś mój brat pies
moja siostra sosna

klękałeś na piaszczystej dróżce
prosząc pył o namaszczenie
schylonej głowy

święty franciszku nie wierzę w twoją naukę

widziałem jak szczuto psami człowieka
którego gałąź sosny zatrzymała
między ziemią a niebem




*   *   *


kiedy ziemię okrywa
jaśminowa mgła
z grot i jaskiń
wychodzą skrzydlate łosie
owce o czerwonych runach

wtedy
na łące
można spotkać
świętego
dłubiącego w nosie
i wiecznie młodą śmierć
która zjeżdża kroplami
rosy
po słomkach czterolistnej koniczyny




*   *   *


nie chcę broni
czołgu bomb
łodzi podwodnej

nie chcę armii
niewolników w czarnych koszulach
z tatuażami na ramionach

dajcie mi ławkę w parku
i gałązkę leszczyny
abym mógł odganiać muchy




halina poświatowska


oczy szesnastoletniej uczennicy liceum
nie mówią niczego

fotograf tak oświetlił twarz
by idealnie wyrażała tylko
tu i teraz

już nie jestem tym dzieckiem o
warkoczach przewiązanych
granatowymi wstążkami

już mam za sobą
tych kilka miliardów uderzeń serca

---

jestem z dala od świateł i ulic wielkich miast
nazwy new york santiago toronto brzmią mi w uszach
jak imiona egzotycznych ziół

w ogródku mojej matki
mogę pooddychać zimnym powietrzem

gałęzie jabłoni wplątują się we włosy
a krzaki agrestu zaglądają pod sukienkę

adolf
umrze nagle w krakowie
za dwa lata

na razie stoi z drugiej strony aparatu i
uśmiecha się

---

czego słucha zamyślona poetka
w styczniu 1959 roku w filadelfii

czy
szelestu skrzydeł motyla
brzęczenia pszczół

ramię gramofonu rozwarte
szpilka włóczy się po czarnych winylowych
korytarzach
jak krew w rozszerzających się żyłach

---

z założonymi pod głowę
rękami jak gałęziami brzozy
oparta o ramię łóżka
układam w myślach wiersz
którego mogę nie zdążyć zapisać

prawda że do twarzy mi w
szpitalnej bieli

---

na trzy dni przed
operacją
można się jeszcze
głupio uśmiechać
robić plany na
jutro
pojutrze

otwierać okno
beztrosko spoglądać na
gołębie zaloty
zachwycać się
zapachem
przyniesionych przez znajomego
róż

udawać że jest się
człowiekiem

po dwóch dniach
twoje ciało
jest już tylko
przedmiotem
który trzeba doprowadzić
do jakotakiego stanu
i
to nieważne
że jesteś w
filadelfii
że jesteś
poetką

---

atlantyk pozwoli
mi
zapomnieć o chorobie
uciszy serce

mogę spokojnie
nie myśleć

mogę żyć
ale
tylko spokojnie

---

za oceanem
za wielką wodą
uczę się obcego języka

mowy sylvii plath virginii woolf

uczę się nowego świata
gdzie nawet pieniądze mają kolor nadziei

jestem jak dziecko
które zakradło się do sadu
każde słowo smakuję jak świeże jabłko

powoli odzwyczajam się od
swojego barbarzyńskiego języka

teraz kobieta znaczy woman
mężczyzna man
miłość love

i nie powiem do ciebie inaczej niż
my sweet dear

---

jako magister filozofii
znam poglądy platona kartezjusza kanta

jako kobieta staram się
znaleźć odpowiedź na pytanie
czym jest miłość

z przegryzionego źdźbła
spijam mądrość istnienia trawy

---

czuję pod językiem
smak
obola

---

tyle po mnie
zostało

usta złożone do
pocałunku

dłoń wyciągnięta do
powitania

aż
tyle po mnie
zostało

odlane z gipsu
kształty
którym staram się
nadać jakieś imię




z cyklu „apokryfy”


V


co to za dziwne dziecko
mówi jak dorosły
nie w głowie mu psoty i plucie
prawie święty a nie jakiś tam smarkacz

co to za dziwne dziecko

że smokowie w jaskiniach
łaszą się do jego stóp
jak kotki

że drzewo brzoskwiniowe
kłania się
jak dobry znajomy

że palcem
lekko zrobi dziurkę w ziemi
a woda sama idzie do niego łagodnie
jak głos matki

że na promieniu słonecznym
jak na sznurku
ciągnie wiaderko z kozim mlekiem

co to za dziwne dziecko
ma taką przyzwoitą matkę tkaczkę
ma takiego pracowitego ojca cieślę

co to za dziecko
dziwnie
bożo
narodzone




z cyklu „apokryfy”


VII


jaki kolor ma bóg w twoim kraju

mój bóg jest niebieski
jak woda w oceanie indyjskim
i twoje oczy

mój bóg jest biały
jak igloo
i twój nos

mój bóg jest żółty
jak piasek na plaży w tunezji
i twoja sukienka

jaki kolor ma kobieta w twoim kraju




*   *   *


co bóg zrobił z moim ciałem
rozsypało się w proch jak rzucona o podłogę
filiżanka kawy z rysunkiem białego jednorożca

co ten bóg zrobił z moją duszą
jak pęknięty pręcik wolframu
nie daje światła
nawet do rozjaśnienia kryjówki
kreta

co ten bóg




*   *   *


wszystko co ważne w moim życiu
mógłbym spakować
do niewielkiego pudełka
po butach firmy nord albo alka

ale kiedy przyjdzie
zbierać się na
różewiczowski matczyny brzeg
nie starczy mi
stu pudeł po 29-calowych telewizorach firmy sony




*   *   *


patrzę na ciebie
widzę jasne potargane włosy
więc jesteś

zamykam oczy
nie widzę zdrapanego strupka pod uchem
więc cię nie ma

czy jesteś
czy cię nie ma

angielski filozof empiryk
berkeley
odpowiada
jest bóg
bóg patrzy na jej zaczerwieniony policzek
bóg patrzy na twój dwudniowy zarost
więc
jesteście

ale ja mam swoją filozofię
wierzę że jesteś więc jesteś




*   *   *


moje wszystkie wewnętrzne koła kółka kółeczka
wyginają się w kształty
nieregularne jak
wiersze
o błocie
którego
naniosłem na butach
na wyczyszczoną podróbkę perskiego dywanu




*   *   *


na drugie piętro
można wejść albo wbiec
można się wczołgać
albo wdrapać na klęczkach
dziękując za każdy stopień
za każdy metr poręczy
której nie puszcza poeta
chociaż mówi że świata nie ma w materii

a ja heretyk
wierzę w
niebieski szalik
buty co cholernie uwierają
obrączkę którą przykładam do jęczmienia na oku




wrażenia z lektury


w antykwariacie kupiłem
tomik wisławy szymborskiej z 1972 roku
wszelki wypadek

między stronicami ósmą i dziewiątą
między wierszem pomyłka a wrażenia z teatru
znalazłem
szarą metkę
oderwaną
od koszulki wełnianej
produkcji angielskiej
St. Michael
na dziecko w wieku 10 lat

między stronicami 38 i 39
wewnątrz wiersza Klasyk
znalazłem fragment czarno-białej fotografii

kobieta w wieku 40-45 lat
w białej sukience
wkłada na głowę słomkowy kapelusz
siedzi na kocu rozłożonym na piasku

obok ubrania klapki

w głębi grupka osób
rozmawia

czuję się jak kolumb czyjejś intymności
odkryłem strzępy ludzkiego życia
świadectwo lektury

koszulka być może
pobrudzona wiśniowymi lodami
wakacyjne wspomnienie z łeby lub mielna

poezja przedmiotu



Arkadiusz Frania – ur. 4.05.1973 r. w Przechlewie (obecnie woj. pomorskie).
Poeta i krytyk literacki. W 1999 r. ukończył filologię polską w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Częstochowie. W 2003 r. uzyskał tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa na podstawie rozprawy Powojenne dyskusje nad pozytywizmem. 1944/45-1948/49 (Uniwersytet Śląski).
Wiersze, szkice i recenzje publikował w: „Odrze”, „Kwartalniku Artystycznym”, „Arkuszu”, „Pograniczach”, „Akancie”, „Poezji dzisiaj”, „Magazynie Literackim”, „Nowym Wieku”, „Tyglu Kultury”, „Frondzie”, „Horyzontach”, „Radostowej”, „Obrzeżach”, „Gazecie Kulturalnej”, „Ruchu Literackim”, „Pamiętniku Literackim”.
Wydał cztery tomiki poetyckie: na przykład mnie nie ma (1994, 1996), powiedz mi siebie (1995, 1996), na zimnym uczynku (1999), ale się nie budzę (2004) oraz trzy książki krytycznoliterackie: Solidne niefarbowane retro. O poezji Tadeusza Gierymskiego (2004),Strażnicy i najeźdźcy. Zjawiska we współczesnej poezji regionu częstochowskiego (2005),Poświatowska, Marjańska, Cichla-Czarniawska. Trzy szkice typu ziemia-ziemia-ziemia (2007).
Członek Związku Literatów Polskich od 1998 r. Mieszka w Częstochowie.