Bogusław Bujała

Bogusław Bujała




Kosmoza


Od dnia pierwszego żyję w grzechu

Teraz zrzucę
zrzucę to cholerne ubranie
wychodzę na balkon
naga
zamieć
oblewa mnie wrzątkiem
ale ja muszę wytrwać
zatracić wszelkie małe cechy, odruchy
być na serio
przez duże B
z eonami
tam gdzie rzeczy tracą granice
na rzecz ducha
bo mnie, mnie już
bardzo cielesną dotyka palec
każe – „wyjść poza krąg, wiedzieć więcej”
niż postać którą jeszcze kocham, którą muszę porzucić

nawet – to straszne – i zabić




Trans


Ulica idzie jakbym brała
udział w mistycznym
czymś dobrowolnie, być może
i ja sama tym jestem co
odpycha domy na boki, wpuszcza
latarnie do zwężającej się
za plecami delty, ja obrac
cam się wcale nie boli
nic nic tylko niepokój
o to dziwne niezrozumiałe
fragmentaryczne, pod
wodne, po-

śliznęłam się,
lecz przyjął mnie
krawężnik
dałam mu policzek, a z kościoła broczy
tłum i organy
ponure kropy
z nosa
ślady duszy
na śniegu, nie jestem z kościołem, z nimi
i wtedy

ktoś chwycił
mnie za rękę, wir, tak to wir
strasznie
ale to strasznie realny




Szklany dzwon


Mówią że wysyła 30 listów miesięcznie
Pytam czy ta książka jest ciekawa

Ktoś pyta czy prowadzę pamiętnik
Łykam dwie wódki

Podejrzewa się że jesteśmy kochankami
Odpinam kołnierzyk i zapinam

Ona wchodzi jak mróz nieproszona
Widzę bose stopy na dywanie

To moja siostra Magdalena
Poznaję tę ciszę

Stoi naga przede mną i czeka
aż okryję ją obejmę odprowadzę

Mówią że niepełnoletnia
od dwudziestu przynajmniej lat

Że chora
na niewinność

I zakochana
jak szklany dzwon




Czuję go


Ty
weź mnie
już nie mogę
tego okrucieństwa
to trwa za długo
przestaję
czekać

na Ciebie
a diabeł zbliża się
życie kraść
zawładnąć
mną
a przecież nie on
jest Tobą nie on

o nim nikt
jeszcze nie wie
tylko ja
jego swąd
czuję
twój swąd czuję głupcze!
trupi swąd
na palcu




Szanowny Panie B


Zranił mnie pan
(może jeszcze nie wie)
musiałam się położyć
cała bez krwi
skruszona
na miał
ale podniosłam się
nie jestem taka słaba
o trzeciej, właściwie w pół
tyle spraw muszę pilnować, zrobić porządek
Pan wie, te urzędy
powinności, no w ogóle, oplotły mnie
staram się – w pół, prawie czwarta – wszystkimi nerwami
to powstrzymuje
rozpad, proszę spróbować
każdy powinien
już piąta
umówiliśmy się wprawdzie
na ósmą w kinie, proszę zapomnieć
w pół
drogi




Monolog z dogranym śmiechem


Mówisz żebym się uspokoiła
ty mi daj spokój
nie jakiś tam
o spokój prawdziwy chodzi
alimenty od ojca – też nie chcę
brzydzi mnie to papu
mogę pracować
najgorsze prace
byle nie w biurze
i nie przy pieleniu
stryj może by pomógł
kiedyś mnie wiózł nysą
działa w telekomunikacji
jako rewizor
mundur czapka
te sprawy, pistolet nawet
serio – w empekape
mogę pomagać, pójdę pod pośredniak
chociaż tam ludzie, no nie
mogę zbierać grzyby, myć okna
pójdę




Zdawała do filmówki


„ty – gwiazda
masturbantek nie przyjmują”

biała łazienka w nocy
plama krwi na posadzce
pięć litrów szumu w żyłach

o świcie nogi prostują się
na sedesie, ręce nad głową,
jakby wykręcały żarówkę

i coś – mięso albo sacrum
wylatuje w powietrze
drżenie ciała
odkłada się

w sferach niebieskich




Sama


Jestem wypełniona
czarnym śmieciem krwią śmierdzącą
mnie już nie ma w sobie tylko węże pędzące od końca do końca
we mnie diabeł
garbaty siedzi z czerwonym jęzorem i piersiami
srom ma na ustach
jego oko jest niedobre może spalić
ludzie
zarazę niosę zarazę
przecież już chodzicie z poderżniętymi gardłami
siadacie na krzesłach których nie ma
krzyczę do was to wszystko przeze mnie
we mnie diabłów dziewiętnaście
zabiłam mamę i tatę i moją ukochaną
siostrę zabiłam ukochaną
ratujcie co się da i żywych i umarłych i sklepy i kościoły
mannę
uciekajcie ode mnie

A ze mną co będzie nie mogę żyć
boję się bardzo się boję
ale nie mogę żyć zabijcie proszę
wszystkich zniszczę
zabijcie to tylko
ruch ołówka
nie wiążcie mnie
chcę się przecież zabić
nie zostawiajcie mnie

Nie zostawiajcie mnie samej




Próba


Prowadzą cię
do ciemni
wygląda jak schronienie
łagodnie
kołdra mroku i ciszy
zasklepiająca rany
katharsis. Tak powinno być.

Myliłam się. Jest Lęk
i to ostateczne poddawanie się
kiedy zaczynasz widzieć że nic
co było – nie było absolutne
nie było absolutne
nawet twoje teraz
upieranie się
przy życiu
takie nie jest




Fotografia


Jak na fotografii
klasyczny stupor

Tętno mocz ciśnienie
żyje
pozycja – patrz podręcznik medycyny sądowej
usta suche
piersi – dwie obojnacze brodawki
wystające talerze biodrowe
słomiana kępka miedzy
kompletnie załamane ręce

Nieskończenie daleko
do kolorowego – jakby z fotomontażu – jabłka

Moja dłoń zbliża się
lodowata w niej klamka – czarny pasek na oczy
(waham się) i kładę
imprimatur




Nic z niczym


Nic
noc, to ja
leżę
od urodzenia
nie widziałam własnej twarzy
nawet tamten
anioł w kącie
też bez głowy śpi
jak parawan
złożył się w skrzydła
– wychyl się
– sama się wychyl
wystawiam głowę
lejce przy nadgarstkach ciągną
zamiatam okiem podświetlone
kwadraty pcv
zacieki lizolu
i ciemne coś
leży

źdźbło
blizna
niczego z niczym
jak ja




Tabula rasa


O siódmej piętnaście kciuk pielęgniarza
odsłania mi źrenicę
jego ramiona sadzają na łóżku
spoglądam na przedmioty
mają zatarte rysy
ich zbiorowa świadomość
oddycha ze mną

Idziemy do łazienki uderza mnie
waga z wysuwaną szubienicą
przedmioty po kolei odrywają się od otoczenia
wpadają we mnie
jak ten długopis do wanny
taka jest ich nauka – podkreślać swoje istnienie
czuję ich gwałt, nie zapomnę tego
ale nie będę o tym mówić

Tylko że jestem brudna i śmierdzę
powinnam płakać
wtedy
siedząc w tej wannie
albo kiedy leją mnie
spirytusem i podpalają
otwartą ręką po plecach

Płacz wtedy
nie liczy się
w raporcie




Panopticum


Nina – cicho
dopieszcza paznokcie zębami
czasami zeskrobuje farbę z łóżka
trzeba jej podać sól do żyły
szepcze – nie mam nogi, przepraszam
gdzie pan się wkłuwa

Cyganka – jak zwykle – w mokrej piżamie
największa sługa kosmosu
nie widzi nas, biegać do sucha to umie, może nie słyszy
nikogo poza ciężkim taboretem
drze gardło – bezgłośnie aż po srom

Kuma Szklarza – ta w przejrzystości rzeczy ujrzała kłamstwo
podjęła się wytłuc wszystkie szyby
bluźniła gdy wiązano jej czerwone ręce
i jak omiatano z odłamków jej dwa rozsznurowane van Gogh’i

Do takich ma należeć królestwo niebieskie
królestwem personelu jest ziemia
z takiego podziału jesteśmy zadowoleni
wystarczy przesuwać opaski z zarośniętych czół na oczy
myć ciała jakby się dezynfekowało łóżka




Jadwiga


Narzeka na zęby
to przez wędliny
szczególnie po śmierci ojca
czyjego ojca czyjego
przecież nie jej
więc po śmierci – panie ciekawski
jak to podsłuchuje
no i przez ten gwałt co mu zarzucili
ale ona dba o czystość
od tamtąd
jest przecież świadoma
każdy wie
sprząta po sobie
widzi co jest
a nie to co było, dobro zwycięży
a co ktoś napaplał to same kłamstwa
że pobiła magisterkę
może i
szturchnęła
nie pamięta
jest niewinna
są ludzie i ludziska
ty się nie śmiej
to ważne
bo ja tylko do ciebie mówię




Erothana


Uwieszona kropla u nosa
ucieleśnienie Krzyku
pobudliwość zero

Siostra wyciąga kartę
idzie przez korytarz snu
do zapalonej lampki z gracją
i rozkoszą której nie potrzeba świadków

Przed ranną zmianą pamięta zmyć makijaż
na lustrze nawet śladu ust
ciągle nieśmiała




Osnowa


Cierpienie straciło wątek
sączy się
jak ironia

Ruchy cięższe, bez strachu
osnowa rozłazi się
ręce od pleców po paznokcie wiszą
laski ebonitu

Język – przytłumiona foka
jem nim, bez gwałtowności
bez pieszczot, potrafi nie zdążyć
zgarnąć ślinę
tym językiem karmię
chyba ludzi

Oddech, reanimuje życie
wszystko co nieważne, te fałdy rzeczywistości
znów będą widzialne, już się prężą
do śmierci krawędzie, a mnie
mnie mówią że dobrze




Mleczna droga


M przeciera oczy, szyba niegdyś wybita
tkwi w oknie, pod ręką znów ulubiony flakon
matka wysprzątała pokój, łóżko dosunięte do ściany
a pył zamarzł
w terakotę

Wołają do stołu
na szyi zamiast gwiazdy wisi prezent od ojca
mama przełożyła troskliwość na zupę
M nie chce, nic, nawet pół
zanurza się
w stojącą rzekę przez którą płyną kamienie
zamknęła oczy
nie stara się o nic, jest posłuszna
jak fragment mlecznej drogi wędrującej w czyjeś usta
wie, to na pewno nie jest szaleństwo
ufać
już nie ludziom




Utrata niewiedzy


Gasi
zapala
gasi
zapala

Przeciwstawność inspiruje ją
do stawiania pytań
więc pytania zjawiają się
brzydko, pragmatycznie

bo przypomni sobie że kiedyś
potrafiła zapalać, gasić, zapalać
cudownie niepewna dlaczego tak robi




Fantom


Jeśli żyje ma 27 lat

Jej nieobecność jest światłem
okna z naprzeciwka i jego księżyca

Obecność – widmem
co czasem paznokciem drapnie o parapet

Bywa że zaboli
jak żebro zrośnięte w czasie niepogody

Bywa przeciwnie
infantylna i rozmazana bo zaufała

Jeśli nie żyje
wysyłam tę kartkę do kogokolwiek



Bogusław Bujała, ur. 1961, mieszka w Łodzi.