Daniela Ewa Zajączkowska

Daniela Ewa Zajączkowska




*   *   *


                                 Markowi Czuku


tęsknimy do odległych atlantyd
mieszkańcy kraju ubu
ziemia pod naszymi stopami
grzmiała już wielokrotnie
i marzenia spadały nam na głowę
cięższe od nieprzelanych łez
a przecież nigdy nie było dane
zaznać nam raju utopii
tak niewiarygodnie pięknej
by poczuć się jak w domu
pielęgnujemy więc własną obcość
poezje niechcianych prawd
sztukę odkrywczych złudzeń
pojętni aż do bólu
wspieramy się na słowach
w ciemności istnienia
tęsknimy do odległych atlantyd
niepomni wrogości platona




*   *   *


może błąd tkwi w tym
że nieprzepartą mam
potrzebę piękna

wiedziona nieomylnym instynktem
wytropię je
w tym co stłamszone
odrzucone
nijakie

i nawet szare ciało ścierki
wtulone w podłogę
będzie dla mnie pretekstem
do rozmowy

tak jak zgnieciona puszka
stłuczona butelka
krzesło z krótszą nogą
lub ludzie bez serca




Wiara


a ja wiem że Bóg istnieje
gdy słucham jak za oknem
wywodzi swe godowe gwizdy
nieznany mi z nazwy ptak

jest w naturze taka chęć istnienia
jest taka chęć istnienia we mnie
że jak mogłabym odmówić jej Bogu
i niemiłosiernie powiedzieć
że Go po prostu nie ma
choć jest drzewo i ptak i ja
i nawet komary i komornicy

i może nawet bywa miłość
lub przynajmniej się zdaje
skoro są z nią kłopoty i
strasznie jest bez niej

i wszystko jest i wszystko
czasem być przestaje
więc Bóg też jest na pewno
choć jak pieniędzy
bardzo Go czasem brak




*   *   *


                  Anecie i Filipowi


miłość to więcej niż
szczęście i cierpienie
ona jest zawsze ponad
i zawsze pomiędzy

to więcej niż spotkanie
i wspólne dążenie
nie trzeba jej nadziei
ani przebaczenia
sama sobie wystarcza
sama się wypełnia

a którym się zdarzyła
ci żyli naprawdę
choćby nie mogli tego
dostrzec lub zrozumieć




*   *   *


oczy jak nagi płomień
nagłe spotkanie horyzontu ust
jedna dłoń wstyd
druga dłoń pragnienie

wiatr szeptu
trąca muszlę ucha
falę oddechu
w kręgu dwojga ciał

pragnienie które lęku już
nie słucha
i w drżącym jęku
osiąga swą
dal




*   *   *


wstąp do piekieł
powiedział i
rozpostarł ramiona

wstąp do nieba
powiedział i
rozwinął skrzydła

cień samolotu jak
wieczny cień
krzyża

legł pragnieniem
w tajniach mego
wzroku

strach przed lataniem
strach przed
upadkiem




*   *   *


Pustki źrenica
lęk bez postaci




*   *   *


szukam słów
by wyrazić tego szumu
siłę

słucham swym spokojem
tego niepokoju
pełniejsza o tamtą
chwilę




*   *   *


kiedy Mara bóg snu
śnił swój świat
przyśnił samego siebie
i wejrzał w swoje oczy

z tego spojrzenia zrodziła się Śmierć
a była naga i mała i płakała

wielki to był płacz i głośny tak
że uchyliły się wrota snu
i wtedy właśnie wiatr zdarzeń porwał
część form i część znaczeń
i przemieszał je z sobą
wyniósł ze świata snu

i odczuł Mara ból straty
popadł w gniew
i pochwyciwszy Śmierć
wyrzucił ją ze swego królestwa
a potem stał pośrodku ciszy

i zapłonęły jego myśli
a próżnia wypełniła gwiazdami
pożałował Mara swego gniewu
otworzył wrota snu by wśród nicości
odnaleźć Śmierć

lecz nie było już nicości
a może nigdy jej nie było
Mara ujrzał tam inny świat
i jawił się on Marze pięknym
bo niebo tam było pełne ptaków
woda ryb a ziemia kwiecia

i rozpoznał się w tym świecie
i niczego mu nie odebrał
a wiele dodał

potem stworzył trzy złudy
Wiarę Nadzieję i Miłość
kazał im iść w świat

ledwie skończył a zjawiła się Śmierć
i nie była już dzieckiem i wciąż była naga

kim jesteś spytał Mara
jestem Prawda
skłamała

zajrzał Śmierci w oczy bóg Mara
i dojrzał w nich siebie
i zapragnął Śmierci
i wziął ją w ramiona

oddam ci siebie
gdy oddasz mi wszystko czego zażądam
wyszeptała

gdy się tych dwoje złączyło
przez wszechświat przebiegł dreszcz
rozkoszy
i umierała Śmierć w Mary ramionach
a krzyk jej snu wrota na powrót
otworzył

i poznał ją w tym krzyku
budzący się Mara
i wykrzyczał w rozkoszy
smutek rozpoznania

dlaczego mnie okłamałaś

gdy byłam nagą tęsknotą
i w lęku krzyczałam
wyrzuciłeś mnie ze swego świata
więc płacąc za rozkosz
zapłacisz i za to

czego żądasz spytał

wszystkiego w obu światach

wszystkiego nie dostaniesz
jedynie połowę
a drugą spłacisz
rozkosz darowaną tobie

nie muszę tego robić
nie obiecywałam

i ja mej obietnicy też spełniać
nie muszę
obiecywałem Prawdzie
a Śmierć chce zapłaty

więc dobrze Maro
będziemy dzielić rządy

niech tak będzie rzekł
i niech było i jest
dodała Śmierć
chcę swe rządy sprawować
we wszystkich możliwych czasach

przystał na to Mara i
znów wziął ją w ramiona
i kochali się długo
patrząc sobie w oczy
a od wejrzeń tych
wprost ze źrenic nocy
powstali ludzie

i byli jak bogowie

dokładnie Śmierć i Mara
lecz całkiem na odwrót



Daniela Ewa Zajączkowska, ur. 1971 w Łodzi, gdzie mieszka do tej pory. Autorka dwóch zbiorów poetyckich: Rzeczy znikome (1994) i Czciciele słońca (1996). Wiersze i recenzje publikowała m.in. na łamach Tygla Kultury, Frazy, W Kręgu Literatury oraz na antenie Radia Łódź. Laureatka kilku konkursów literackich, m.in. nagrody głównej w konkursie Nasz czas(Toruń, 1994). Należy do grupy literackiej Centauro.