Dorota Filipczak

Dorota Filipczak




Natchnienie


A jednak przyszło
choć las obrócił się w szkło
a może dlatego
że wyraziściej rozbrzmiewa dźwięk piły
wspinaczka po kamieniach
gdy zapytałeś
słyszysz?
śpiew chórów nieanielskich
śpiew cielesny
jak liść przedarty na pół
prapoczątek
i oni
ubrani w szare kurtki
gumiaki czapki z nausznikami
nie odróżnisz kobiety od mężczyzny
gdyby nie soprany i basy
zespolone w miłosnym uścisku
twarze i postacie
spowija dym
przy zwalonym drzewie siekiery i piły
rozgrzane zniszczeniem
śpiew, którego chcę dotknąć
bo zatrzymałeś się w pół drogi
i zapytałeś
słyszysz?
wypełnił nas śpiew
i podchodząc do gardła
zaprzeczył
pożytkowi z mowy
jakbyśmy dzielili wspomnienie intymne
odpowiedziałam
słyszysz?




Martwy port


Między
Obrońców Stalingradu (dziś Legionów)
a ulicą Srebrzyńską
nie ma łodzi
puste bocznice zardzewiały szlaban
opowiadają pragnienie podróży i wody
dziś sprzedaje się tu odkurzacze
i suszarki do włosów w piętnastu kolorach
zaprzeszły kurz pamięta komunizm
wytrwałość trawy w nieszczelnym betonie
drogę ze szkoły i przemianę w rzeźbę

Naga kobieta w wyschniętej fontannie
pod poradnią gruźlików
widzi to inaczej
w błysku Roentgena jestem żebrem miasta
obrastam w piękno
nieucieleśnione
przykładam ucho do muru maneża
i słyszę tętent
bocznica zmienia się w nabrzeże
tory w sieć kanałów
zerwany szlaban
kwitnie szklanym mostem
i Łódź płynie
ja płynę
w teczce z plastiku
pocztówka
z Wenecji




Odpowiedź klasykom


Wbrew pozorom wielkości
tematem sztuki jest rozbity dzbanek
lub dzbanek cały
z kwiatem tamaryszku
ból zęba
kropla potu
w studni oceanu
bruk
nie ideał




Martwa natura z Biblią


W przepowiedni van Gogha słowo jest obrazem
Słowem malując trudno oddać światło
na kartach Księgi Wielkiej oraz księgi małej
gdy sąsiadują na tym samym płótnie
otwarta Biblia i Joie de vivre Zoli
Bunt syna przeciw ojcu zmienił się w dysputę
Goliata sacrum z Dawidem profanum
Literatura wzeszła objawieniem
obok ziemniaków zboża i kwiatu jabłoni
Obraz przywodzi na myśl rzeźby księgi
drewniane i kamienne nierozcięte karty
Słowo zamknięte formą głosi własny koniec




Wieczna kobiecość


Kariatydy rodzą się z ciężarem
noszą go wdzięcznie
układają jak fryzurę
to w tym to w innym stylu
Wyglądacie pięknie
mówi rzeźbiarz
jeszcze chwila
a zniesiony będzie
ciężar nie do uniesienia
musicie się tylko trochę postarać
spójrzcie w obiektyw
prawdy
kariatydy uśmiechają się
jak modelki na wybiegu
dach jest ciężki
podpora bez dachu nad głową
nie jest kariatydą
nie służy nikomu
prócz siebie




Alienacja


Dom powstaje z powtórzeń
zamiast drzwi klawisze
maszyny do pisania
dwadzieścia cztery
wyjścia na świat
cień liczydeł na ścianie
dni smutne w kolorze czarnym
dni wesołe w zielonym
za oknem krzyk smota
obiecuje zlutować każdą dziurę
w garnku
skleić rozbite naczynia
ciszej, obudzi pan dziecko
woła mama
liczydło maszyna do pisania
skansen słów
obróconych w popiół
na moim biurku
kalkulator komputer
pod oknem akwizytor
i inni developerzy języka




Metro w Berlinie


Jakbym weszła w czyjś sen
bez biletu
Nie miałam imienia
lecz mnie rozpoznano
w ogrodzie botanicznym
lis zabiegł mi drogę
kręci się tutaj
mnóstwo cudzoziemców
Rzucił się na mnie
pies
w berlińskim wagonie
Czytał McEwana?
Czy jest po prostu
psem ze snów dzieciństwa
psem obozowym
psem straży granicznej
i nie wypuści mnie nigdy
z podziemia
którego nie ma




Cerkiew w Sanoku


Kasztanowe południe łudzi dzień
nieśmiertelnością
Ścięte drzewa kwitną ikonostasem
za żywopłotem ognistych języków
jesteśmy obce
prześwituje przez nas inna wiara
skulony motyl białego opłatka
oni to czują
ludzie o twarzach rzeźbionych historią
zapachem spalenizny rozchodzi się przeszłość
zwalone drzwi
krew w studni, pożoga
liczebniki płoną pitagorejskim blaskiem
jak Trójca Święta w geście Pantokratora,
gdy umawiają się na piata, na sema
na piątą, na siódmą




Pamięć w pigułce


To była tabletka na gardło
ostatnia w pomarańczowym kartoniku
zawsze zjadam ostatki
w dzieciństwie straszono mnie wojną
nagle
na podniebieniu mam
sanocki skansen
błyszczy San
uwięziony w balii
dojadłam się miąższu
drewnianej ściany
i słońca na skórze
kiedy ona wraca po niedzielnej mszy
poprawia we włosach białą kokardę
dziewczynka, która jest i nie jest mną,
gdzieś mi się podziała




Tato


Zmarli mieszkają w nas
żywią się snami
przychodzą nocą
po jałmużnę czasu
Nie chcemy ich
Zmarli we śnie to zły znak
mówiła babcia
usypując na stole
mączną piramidę
roztłukując jajko
A jednak cieszę się
twoim przyjściem
pokonujesz chorobę,
na którą umarłeś
Blisko jest uzdrowienie
zmartwychwstanie
usłyszę twoje kroki
zgrzyt klucza w zamku
rozrośnie się na mnie
falbaniasta sukienka
zmaleję i stanę się jak dziecko
przytulę się do ciebie
i uwierzę




Perpetuum mobile


Po co tu przyszłam
znów stoję pod drzwiami
z piwnicy dolatuje
woń zgniłej cebuli
na klatce miauczy kot
windą jedzie zbawiciel
a może morderca
kolejny dzień stania pod drzwiami
kolejna noc spania na wycieraczce
której drobnomieszczański wzór
znam na pamięć
jak odór detergentów
z czasów komunizmu
A miało nie być drzwi
nawet eleganckich
z bezpretensjonalnego drewna
ani drzwi techno
nie mówiąc
o drzwiach rustykalnych
miało już nigdy nie być
żadnych drzwi




Horror vacui


Mój lęk
kiedy nad ranem podjeżdża śmieciarka
i z chrzęstem opróżnia brudne pojemniki
bo prócz ogryzka, podartych notatek
starego plastra, pustego słoika
lęk mojej matki
czy nie wyrzuciła pierścionka
z małym oczkiem
czy nie umknął ukradkiem talerz
od kompletu, srebrna łyżeczka,
widelczyk do ciasta
czy to dlatego nie mam kosztowności
gromadzę tylko rzeczy niekompletne
boję się, biegnę, chcę zanurzyć ręce
w zgniłych odpadkach
wczorajszego dnia
szukać
lecz czego?




*   *   *


Gdybym mogła odkupić te kilkanaście os
które zginęły słodką śmiercią
od kropli soku

Był malinowy miesiąc
i wydzieraliśmy sobie z rąk miłość
jak nie dojedzony kawałek arbuza

Ciała rozwijały się dzikimi kwiatami
i stąd te osy
ale kto wytrzymałby ciągłe zagrożenie
nie mając na sobie nic
prócz znoszonej opalenizny

W otwartej butelce
stworzyliśmy obóz śmierci

A kiedy się wykonało
wrzuciliśmy szklany dom
między łopiany
modląc się żeby z niego wyszły




Szerszenie


Leśny parking
wyrwa w ciele puszczy zapowiada raj
narajony mapą
obrót kluczyka gasi wszelkie dźwięki
prócz jednego
O szybę uderzył pierwszy owad
długości czterech centymetrów
jak rzucony niedbale niedopałek
szybko, zamknij okno
drugi siadł na lusterku bocznym
wytrwale badał brzegi wokół srebrnej tafli
Alicja w krainie czarów
trzeci na klamce pragnął wejść po ludzku
nie otwieraj drzwi
czwarty i piąty kręcą się przy ruszcie
za chwilę będą pod maską
zbadają szczelność samochodu i naszych ciał
Samca można wziąć w rękę i pogłaskać
Samica ma żądło, powiedziałeś
budząc we mnie poczucie winy
wyroił się rój
zapnij kołnierzyk, opuść rękawy
uciekajmy
szyba, w którą lecą tak uporczywie,
w końcu okaże się iluzją
chyba lubią jazdę samochodem
przylgnęły do okien
i czekają
dotykamy naszych twarzy niepewni,
czy żądło nie przebija szkła i metalu




A priori


Istnieją ogrody
gdzie nikt o Tobie nie słyszał
ciało bywa chlebem
a my mówimy
kanibalizm

Jakbyśmy nie zabili
Boga
żeby żyć




Grzech


Z nich dwojga Ewa
ma duszę odkrywcy
znudzona mową węża
wyciąga rękę po inny świat
kiedy Adam śpi
leżąc brzuchem na trawie
i śni mu się wielka pustka
nieba




Gra przedwstępna


Zdejmiesz z siebie czas
i odłożysz na półkę
jak zwykły przedmiot
Zdejmiesz mi z szyi łańcuszek
eufemizm na zniewolenie
Bogiem
Rozbierzemy się
ze ślubnych obrączek
imion i dat urodzenia
To będzie rozbiór doskonały
na mężczyznę kobietę
i okolicznik sposobu




Erotyk do koszuli męskiej


Przejeżdżając przez wieś autobusem
kto by to pomyślał
zakochałam się
w koszuli męskiej
wiszącej na sznurku
między jarzębiną
a jabłonią

Rękawy machały do mnie
a przód mówił coś
wydęty oddechem słońca

taka sobie powtórka
z historii

Indyk wygrzebał nogą
łuskę od pocisku
który trafił kiedyś
mojego chłopca




Nie tu i nie tam


Na wyciągnięcie ręki
i za daleko
pod leśniczówką
nowy świat
jeżyny
zaplątane w kolce
peregrynacje żab
i żuków
ty i dziecko
wszystko
co mam i
tak
bardzo nie mam




Ty we mnie


Gromadziłam wyprawkę
ze słów
wyrosłeś
nim była gotowa
uszczelniałam dom
poezją
a zabrakło wierszy
o narodzinach
tomy i tomiki
pękają w szwach
od śmierci
i bólu
jakby poeci przestali
przeżywać radość
a może radość
obywa się
bez nich

Gdzie jest język
który Cię wypowie?
Rozleśmianił się
na beznorwidziu
w noc świętojańską
odsłania się raz
świętem ciała
tej nocy
jeszcze czułam Cię
w sobie
burza zburzyła
granice
świat oczyścił się
i odnowił
nastała pełnia
choć pełni nie było
niejasnych kształtów
księżyc
utknął za chmurami

Spałeś
i nie wiedziałeś
że otworzy się brama
otoczą cię głosy
światło niestłumione
ciałem
zostaniesz nazwany
przez mieszkańców
wyspy
podniesiony wysoko
nad przepaść
z powietrza
które dziwi tak
że musisz krzyczeć




Lodowa przełęcz


świadectwo dekonstrukcji
i erozji Boga
skruszone kamienie osuwają się
nikną, płyną
ułuda materii
znów tkwię po kostki, później po kolana
w rwącym strumieniu piargu
doszłam już do ściany
Pan skałą mojego zbawienia
chwyciłam pierwszy wystający kamień
został mi w ręku
z drugiej strony ty także rozbierałeś skałę
jeszcze parę wieków
i rozbierzemy ją do cna
do sedna, do dna
odpadają kamienie
za chwilę i ja odpadnę
i ty
obrócony
w kamień
popłyniesz
ze mną




Wielka obłoczność


Oddalałeś się wolno
podchodząc na szczyt
nad przełęczą
Rzadko mam do ciebie
taki dystans
w rozpadlinach mgła
a może substancja
zwana dawniej Bogiem
Byłeś już wysoko
kiedy przyszła chmura
i nie było cię
Dokoła turyści
robią sobie zdjęcia
Jak mogę zrobić zdjęcie
komuś, kogo nie ma
czy kiedykolwiek byłeś
czy mi się przyśniłeś
co robię sama obok wielkiej góry
Nagle istniejesz
dajesz mi znaki z daleka
odpowiadam gestem
Między nami przepaść
a nie metafora
Tak sobie rozmawiamy
ja tu
ty tam




Zbędność słów


Nie
Dawno temu
nie było jeziora
które rozlało się płaczem
śmiechem
i samogłoskami

Nie
Dawno temu
w pustkach cielesnych
powstawał
tylko wiersz
o Tobie



Dorota Filipczak (1963). Autorka tomików: W cieniu doskonałej pomarańczy (1994), Trzecie skrzydło anioła (1995), Orfeusz na ginekologii (1997), Ostrzyciel noży na jawie (2003). Tłumaczy również literaturę anglojęzyczną. Pracuje naukowo na filologii angielskiej Uniwersytetu Łódzkiego. Należy do SPP. Mieszka w Łodzi.