Mariusz Appel

Mariusz Appel




Mamo


Przed wyjazdem ciągle powtarzałaś: trzymaj się
z dala od rękoczynów i nie uciekaj
do przemocy. Uczyłaś jak się uniezależnić
od nałogów. A teraz? Jest mnóstwo żółci – w środku
i na tkaninie dłoni: od nikotyny, od pomarańczowych
skórek. Dziękuję za te skarpetki z wkładkami
aluminiowymi do turystyki górskiej. Wędruję w nich
po nowym mieszkaniu. Tu zdobywa się szczyt po szczypcie,
gromadzi przedmiot za podmiotem. Ursynów jest pełen
facetów spacerujących z psem i puszką piwa, czasem setką
pomysłów na rozpoczynający się dzień (jutro będzie jeden
mniej). Chciałbym ci jeszcze opowiedzieć o blasku latarń,
bladym jak absyntowe źrenice ulicznic Toulouse-Lautreca,
lecz to zbyt skomplikowane. Koszulkę z revlonu wziąłem
sobie do spania. Nigdy jej nie przewracam. Raz
śnię na prawej, raz na lewej stronie. I tak jest wygodniej.




intro


ojciec to świetny ślusarz jeszcze
lepszy tato którego drażni tylko
marnowanie chleba i zostawiane
na talerzach resztki pracuję z nim

lecz nie znam dobrze przeznaczenia
plastikowych zaślepek wciskanych
w rozcięte wnętrze stalowego profilu
gdy on wbija wzrok w blaszane niebo
dach warsztatu ja udaję że nie widzę
jak bardzo zamknął się w sobie

jego znikających powoli ust zawiniętych
jakby próbowały się ukryć wśród bruzd
niepotrzebnie komplikujących mu twarz
kiedy pyta dlaczego nie dbam o matkę
przecież wystarczy raz na tydzień wysłać
pocztą jakąś poczytną powieść




Wspinam się na palce, żeby dojrzeć


Wspomnienia podstępem utkwiły w pamięci,
podskórnie jak wenflony. Obrazy odżywają
kropla po kropli, sączą się w pobliżu miejsc
urodzenia. Okolic, gdzie żołnierzyki z plastiku
mocą nadanego w szkole przywileju wiedzy
uznawaliśmy za ołowiane. Teraz wydycham
tamten czas (miedź czy być), kiedy wszyscy
coś zabierali, tylko pomniki kolekcjonowały
tatuaże z ptasich odchodów. Miasto bez rynku
wcale nie jest wolne od historii. Dzieciństwa
z wypiekami na twarzach od ugniatania ciasta.
Babci Kundzi, która mawiała o wałkowaniu,
że to niedzielna droga przez mąkę. I ulicy,
skąd dochodził gwar – rozgardiasz gwardii
rówieśników, grających pod oknami w dwa
ognie, gdy ja, po kąpieli i modlitwie, byłem
już jedną nogą w siódmym niebie snu.




w stanie


piąta chłodne powietrze robi gastroskopię wiatr
podszywa się pod pechowców z rannej zmiany

mama na moim dziecięcym pelikanie wyrusza
do sklepu za wiaduktem po mięso na kartki

z powrotem najgorszy jest podjazd pełne torby
zwisają do ziemi celofan wkręca się w szprychy

mijamy się po drodze idę do szkoły z kolegami
którzy jej nie poznali ponieważ mieszkamy tu

od niedawna patrzcie jaka śmieszna mała pani
na małym śmiesznym rowerku krzyczą cieszę się

że zaraz będzie miała z górki pod spodem szyny
usztywniają krajobraz spięły horyzont nie dadzą

rozpęknąć się zmarzniętej ziemi podmiejskie
punktowce odnoszą zwycięstwo przez k.o.




319


nadchodzę w momencie gdy szkolny cieć
opowiada jak w klinice stanęło mu serce
ale na szczęście pod ręką był Religa wiara
w profesjonalizm profesorów czyni cuda

niewidomy na lekkim gazie zajął puste
miejsce parkingowe nie wiadomo czemu
wystukuje laską o grzbiet latarni sobie
tylko znaną melodię płosząc gromadkę

ptaków z jej kapelusza połowa zostaje
złowiona w otchłań nieba reszta ginie
w głębi ciemnych tuneli jego okularów




Lakmus


Lato powoli odlatuje do ciepłych krajów. Mimowolnie
zaczynamy odbierać się na falach jesieni, która wpływa
kojąco. Po nocy, pod oknem goi się miasto i nie drażni
widok bliźnich zaszytych w klatkach, tylko bębenek
tętna w uszach. Wnętrze windy wypełnia zapach
przychodni. Za chwilę zwarzy się powietrze, deszczowe
krople zmyją skwapliwie (przejdą dreszcze). To rejon,
gdzie zwykłe 165 staje się linią specjalną, bo po drodze
są dwa chodliwe przystanki – Geant oraz Centrum
Onkologii. Jeden niepotrzebny, zakłócający radość
zakupów, to hospicjum dziecięce. I staruszki o twarzach
jak skorupki dobrze wysuszonych włoskich orzechów,
z komórkami, zamiast okularów, w skórzanych etui.




rentgen


języczki biletów wsuwają się w usta
kasownika centrum handlowe hospicjum
centrum onkologii wycinek miasta
gdzie można spotkać ludzi z naroślami
we wszystkich możliwych miejscach

wystarczy byle stłuczka żeby twarze
stały się wykrywaczami min i drgały
nozdrza zmienione w detektory

niektóre powieki uchylone dyskretnie
jak żaluzje przepuszczają resztki
wewnętrznego światła inne są za ciężkie
to zapadnie ukrywające wyrok




droga krajowa nr 94


zdarzył się w jakąś godzinę po tym
jak słońce stanęło na krawędzi pól
i dopalił się lont horyzontu
znaki intonowały ostrzegawczy refren
coraz mniej wyraźnie

samochód pozbawiony długich
ścinał zakręty w końcu skosił rowerzystę
który z tak bladą cerą nie mógł mieć
w sobie dość światła by zasygnalizować
na czas własną obecność

w kamerach reflektorów karuzela
szprychy zamienione w elipsy koła
brokat krwi na zjechanych semperitach
błotniku porcelanie oblodzonej jezdni
i kryształki szyby na pamiątkę

głęboko w głowie




jung / gnój


para reflektorów ślizga się
po oblodzonej tafli asfaltu jak bojer
cienie cięciem po ściennej bieli tynków

na płytce szyby rozmaz osiedla
gdy noc ją zaklei twarze zmienią się
w wygaszacze ekranu miasto zgaśnie we śnie
z czarnym proszkiem w kapsułkach powiek

mężczyzna z odbarwioną tęczówką
nie wiem czy żyje tak pewnie jak żuje gumę
ale sprawia że opuszczam wzrok
po liniach ciał jak szalupę ratunkową

próba przeniknięcia z pełnego w pełniejsze
spełnienia kiedy nie można się znaleźć
na zewnątrz nabrać w usta
naszprycowanej spalinami marynaty
odpowietrzyć się



Mariusz Appel (1974), z wykształcenia ekonomista, pracuje jako trener tenisa. Autor trzech tomików poetyckich: [kocie łby] (2004), Kotochwile (2005) i Blok rysunkowy (2007). Publikował m.in. w Toposie, Kursywie, Kresach, Czasie Kultury, Literacjach i Pograniczach. Mieszka w Warszawie.