Teresa Tomsia

Teresa Tomsia

Poranne westchnienie profesora

Być może chcę za wiele
jak na możliwości przetwarzania
danych tego świata. Trwać
w jasnym wywyższeniu
ponad codzienne zwątpienie
i komunikaty o potopie.

Być może chcę wszystko:
ciemność każdego nieskończonego przypadku
i każdą drżącą światłem grę uniesień
.*

Być może mylę się co do prawdy o sobie
jaką zdołałem wyśledzić w księgach
w oczach najbliższych ciał niebieskich
w poświacie snów o potędze.

Być może jest za późno
i nawet najmniejsza część
nieodkrytej całości mnie
nie wstąpi do głębi
w której przebywasz.

Wznoszę się ku Tobie
wszystkimi zmysłami
teraźniejszego
wiedzą przeszłego
i pragnieniem tego
co nadejdzie.

Bądź przy mnie
w śródmieściu poplątanych znaczeń
i ścieżek. Rozjaśniaj moje myśli
gdy lękam się albo chcę za wiele.

Tyle jeszcze mocy
w silniku mojej duszy
a nie potrafię z Tobą rozmawiać
bez pełnomocników.

Waldemarowi Łazudze

*
*
*

Doznaję nieobecności w Twoim ku mnie pochyleniu.
A jednak wydobywam się dziś z bezmiaru – w poczuciu
bliskości czułej ręki co z zabłądzenia wyprowadza.

Jestem przecież czymś więcej niż snem we śnie.*

Jestem znakiem przypływu, nadzieją przemiany, powrotem
do początku. Słowem, którego w pełni nie objaśniłeś.

Przywołanie Zbigniewa Bieńkowskiego

Na pewno jeszcze kiedyś się spotkamy – w krainie Tam,
gdzie czas rządzi sobą, nie nami, gdzie Rimbaud przemierza
niezmierzone gaje.

Niech wszystko będzie twym udziałem: piękno i strach.

Trzeba jedynie iść: żadne uczucie nie jest najdalsze.*

Ufać, że wszystko wypełni się od nowa. Wiosna! Twoje imię
kwitnie – jak maj. Z takiej metafory uśmiałbyś się pewnie. Cóż,
wiosna szumi w głowie i podpowiada pospolite rzeczy.

Nie próbuj oddzielać się od początku, którym jesteś,
nie zatracaj śladów drogi, którą przeszedłeś, nie odtrącaj ręki,
która wciąż cię prowadzi. Wszystko wypełni się jeszcze raz.

Przylatują bociany, na krzewach pierwsze pąki. Przychodzą
słowa, których wypowiedzieć nie sposób, trzeba ich tylko słuchać
jak się słucha wiatru, iść, nie odwracając się od chwili,
co nam przywraca nas – odmienionych.

Na pewno jeszcze kiedyś się spotkamy – w krainie Tam,
gdzie czas przemierza niezmierzone gaje.

* Cytaty pochodzą z wierszy Rainera Marii Rilkego Księga o życiu mniszym

w tłumaczeniu ks. Kazimierza Wójtowicza, Kraków 2002.

Szukamy siebie w skupieniu

Szukamy siebie w skupieniu, szukamy długo,
zanim noc przywróci nas naszym twarzom
oddanym na przechowanie. Innym niż te,
które rozpoznaliśmy, o które stoczyliśmy zażarte boje.
Tym, które przetrwały w ukryciu, oczekując na przyjście.
W świetle, w cieniu zapisane.

Gorące powietrze rzeźbi nasze ciała,
nie pozwala przystanąć, pochylić się. Przyspiesza,
abyśmy zajrzeli w studnię.
Wskazuje miejsce, czas – i metro rusza.

Jak ziarna rzucone na skałę
bez wody,
nie znając przeznaczenia
czemu służą,
wyruszamy przymierzyć oczekujące twarze,
a wieczność puszcza nas wolno
w chwili próby.

Nie odwracaj się

Nie odwracaj się. Pozostań z uniesionym ramieniem
platana. Niech cienie przygarnięte na chwilę,
zdrożone, wychylone ku przeciwległym miastom,
stoją tak zatrzymane, w prochu, gdy patrzysz.

Mylą echa. Zatrzaskują się bramy.

Trzeba umieć odejść. Powtarzać wdech, wydech,
choć każdy z nich jest pierwszy i ostatni.
Trwać do końca, nie oddalając się,
nie opuszczając dopiero co poznanej chwili –
aż spłonie, co w popiół ma być przemienione.

W podróży znów jesteś wolny, nieosiągalny.
Co nie jest mną, jest z tobą. Wypełnia ciszę,
otwiera światło, w które wchodzisz, aby uchwycić –
zatrzymać w obiektywie sekundę, dzień?

Nad Jeziorem Genewskim

Przystanąłeś nad głębiną
i wsłuchujesz się w szmer,
który ani nie oddala się,
ani nie przybliża,
lecz przenikając drżeniem
budzi cię,
otrząsając z podróżnego pyłu,
z nadmiaru słów.

I odnajdujesz się
w spływającym ze zbocza śniegu,
w zatrzymanym na moment niepokoju.
Gotowy na skinienie.

Otwiera się z wolna twoja nieśmiertelność.

Jakby mnie nie było

Obyło się morze beze mnie
pejzaż z mewą nie wypełnił okna
ryby drgań uleciały z rąk w powietrze

Kojarzę smak soli
morze słów skłębione opada
zostawiając osad na wargach

Obyła się beze mnie przestrzeń
którą pragnęłam ogarnąć
ślady wymknęły się spod stóp

jakby mnie nie było

Odbicie

Młodość przywarła do mnie boleśnie.
Nie chce opuścić dojrzałego ciała.
Wczepiona korzonkami pokonuje dzielnie
skurcze żołądka, ofensywę świata.

Wczoraj lustro mnie nie rozpoznało
i przywitało jak obcą kobietę.
A wtedy ona położyła mi na ustach
uśmiech.

Moje odbicie w lustrze
stało zapatrzone w siebie.

*
*
*

Drzewa – wyciągajcie z szaf przewiewne zielone stroje!
Maju – otwieraj furtę na oścież!
Wyruszam na spotkanie.
I nie mówcie mi, że to nie ten wiek,
nie ta lekkość.
Prawie nie dotykam chodnika,
a jak rytmicznie postukuję podkówkami,
jak zwiewnie skaczę z Mostu Teatralnego.
Jak dźwięcznie brzmią na wietrze moje słowa,
gdy powtarzam przy rozstaniu:
dzwoń do mnie, dzwoń, nie zapominaj…
Świecie – Przyjacielu!

*
*
*

Widziałeś nas, wędrowaliśmy:
w jaskiniach mając stacje,
w szałasach kościoły.
Słyszałeś nasze hymny –

w jeden głos z wilkami
zbieraliśmy się na zew.

To była nasza ziemia, nasze prawo,
by nieść ją pod stopami wyżej
niż sięgają granice rozumu.

Gromadziliśmy energię słońc,
by pójść dalej.

Widzisz nas, wciąż idziemy,
choć Ziemia
wymyka nam się z rąk.

*
*
*

Kim Jesteś
skoro przemawiasz
bez słów

pod niewidzialnym Twym spojrzeniem
ułomność moja wydaje się niezmierna

Kim Jesteś że nie boli Cię moje zwątpienie
i wciąż przychodzisz z nadzieją
że pojmę

Kim
jeśli odczuwam lęk przed nazwaniem
aby nie spłoszyć obecności
którą przeczuwam całym istnieniem

niedostrzegalnie stajesz obok
i nie pozwalasz dalej
za granicę zdania

Na tym świecie

Na tym świecie
dobrze jest do kogoś należeć

W potrzebie
może się ktoś o ciebie upomni
jakaś partia zawiedzionych
albo zadowolonych z siebie

A ja
do nikogo nie należę
chyba że do Ciebie
Wielka Tajemnico

ale czy Ty
upomnisz się o mnie

Kto by przypuszczał

 

 

1.

 

Kto by przypuszczał – po tak ciężkiej zimie

i tragicznej ponad wszelką miarę polsko-ruskiej wiośnie

dziś na rozstajach ulic głośno śpiewa słowik:

radośnie łka nad nami gdy przekraczając granice

łakniemy ukojenia

 

W końcu mamy maj – tulipanowce zwodzą chmary

kuracjuszy (kolejny turnus z przewodnikiem tkwi pod łysym

drzewem które podobno planuje w czerwcu cudownie zakwitnąć)

 

Jest nas tu więcej niż można by się spodziewać –

stare kobiety z aktualnymi problemami

wciskamy w żelazne ławki swoje opuszczone ciała –

kwitnienie tulipanowców okazuje się praktycznie

jedyną racją stanu naszego tu wspólnotowego istnienia

(tylko pnie kasztanowców otrzymały niemiecką szczepionkę

i raźniej suną konarami w przezroczysty błękit)

my tradycjonalistki wzywamy błogosławieństwa patronów

by zasiedli przy nas w zakątku zdrojowego parku

wśród właśnie rozświetlonych zniczy forsycji

 

 

2.

 

Wydobywam z walizki wiersze napisane przez H.

wiele lat temu (mam sobie nimi coś do powiedzenia?)

wprawdzie nie sposób wstąpić do utraconego czasu

jednak chwila lektury jest próbą magiczną:

wprawia w obroty rzeczy zapomniane

skostniałe wersy ożywia

 

 

Próbuję ustalić fakty: po pierwsze – nie wypominać –

dawno miniona rozmowa rwie się wątek

każde z nas wchodzi w pejzaż z odwrotnej strony

(czujesz czy patrzysz jakaż to różnica)

przywołuję tamtą siebie sprzed czasu przeszłego

dokonanego – i jestem znów przed blokiem

na trawniku pęczniejącym od psich gówien i stokrotek

obserwuję swój cień rozpływający się w mroku

u wejścia do klatki z której nie ma innego wyjścia

(osamotnienie supłanie reszty z sąsiedzkiego szczęść Boże)

 

Reklamówka z książkami osuwa się pod krzesło

gra muzyka (wciąż niedostatek czułości odkręcanie

zadawnionych spraw) nic tu po mnie

a przecież mam coś do załatwienia z sobą

o tym co nie było –

warto się nakręcać na wzór upartego zegara?

 

Wiersz H. wiódł mnie niegdyś przez trakt w Puszczykowie

gdy nie było jeszcze żadnych zegarów walizek ani dat –

teraz leży w mojej dłoni potulnie jak liść

który już odpadł z gałęzi

lecz jeszcze nie dotknął ziemi

 

Polanica Zdrój, 3 maja 2010 r.

 

 

 

H.(Henryk Smuczek) przyjaciel z czasów studiów polonistycznych na UAM 1970-1975

 

 

 

 

 

Elegia słoneczna

Julii Hartwig

 

Żyjemy tu spokojnie – prywatnie i demokratycznie:

wybieramy kilkadziesiąt lat kredytu na małe M-3,

kserujemy świadectwa deportacji, holokaustu,

wypędzeń, listy utraconych i ocalonych przyjaciół,

raduje nas nowe muzeum i teczka odnalezionych

rękopisów, uratowane z pożogi dzieci, świętujemy:

ostała się fotografia domu, którego nie sposób odzyskać;

obiecana ziemia pogłębia skiby, poszerza swoje granice,

a przecież nigdy nie będzie nasza w tym sensie,

w jakim o niej myślimy.

 

Żeby wejść do mieszkania, gdzie poetka pisze wiersze,

trzeba sforsować żelazną bramę i o umówionej godzinie

stanąć przed uchylonymi drzwiami. Jest miejsce,

w którym pragnęłoby się pozostać:

słońce rozprasza cienie przez nikogo nie wezwane.

Przed południem najlepiej smakuje mocna czarna kawa

z sernikiem nadzianym kandyzowaną skórką z pomarańczy.

Są widoki: kołnierz różowych pelargonii na tle muru

porośniętego winoroślą, nieopodal Centralnego to rzadkość

jak wciąż czynny wernisaż czy coś podobnego.

My nie jesteśmy nadziani, wprost przeciwnie,

niedawno po wyborach, co nieco po przemianach,

a  wiele przed nami, uszczknęło się ciut wolności dla siebie,

to wszystko, co pozostało z tego całego bogactwa znaczeń

i odznaczeń.

Kochamy ludzi, których nie rozumiemy do końca.

 

Nasza rodzina jest liczna i niepoznana

jak historia cioci Broni Hausberg –

była żoną aptekarza i owdowiała przed wojną we Lwowie,

zakochał się w niej Zawiślański, szewc z iście ułańską fantazją,

co ruszył za nią na Sybir i ochronił przed głodową śmiercią

swoje i nie swoje dzieci.

 

Kawa u Julii Hartwig z widokiem na błękit i podwórze –

zwyczajne opowieści o książkach i spotkaniach

jakkby nic więcej miało się nie zdarzyć

i co należy przypomnieć, by tamten czas się zabliźnił –

tymczasem trzeba wyruszać do siebie, więc jeszcze ta jedna chwila,

gdy słońce uporczywie ogrzewa nasze ugięte nadgarstki,

a my z gracją unosimy porcelanowe filiżanki,

pijąc małymi łykami mocną czarną kawę.

 

Warszawa, 28 czerwca 2010

 

Teresa Tomsia, poetka, eseistka, animatorka kultury; pochodzi z rodziny Kresowian; publikowała w „Toposie”, „Tyglu Kultury”, „Arkuszu”, paryskiej “Kulturze”, internetowym “Recogito” i in.; młodość spędziła na Pomorzu, od 1981 r. mieszka w Poznaniu, gdzie założyła i prowadziła Klub Piosenki Literackiej „Szary Orfeusz” pod egidą Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Za osiągnięcia autorskie i projekty literacko-edukacyjne: “Bliżej Nieskończonego”, “Pamięć ocala” otrzymała medal MKiDN ”Zasłużony Kulturze Gloria Artis” (2007) oraz Nagrodę Marszałka Województwa Wielkopolskiego w dziedzinie kultury (2010). Autorka książek poetyckich: Czarne wino (1981), Białe tango(1987), Teraz żyj (1991), Wieczna rzeka – Der ewige Fluss (1996), Piękniejsze – Schöner – C’est plus beau (2000), Przed pamięcią (2000), Skażona biel (2004),Wątpiąc, idę (2005) oraz prozy dokumentalizowanej: Dom utracony, dom ocalony (2009). W swojej twórczości umiejętnie łączy tradycję z nowoczesnością. www.teresatomsia.pl