Tomasz Hrynacz

Tomasz Hrynacz




Trzecia salwa. W czerwcu twoje urodziny


Żegnaj, ale wróć.
Lepiej późno niż wcale. Wróć.
Bo nie skończyło się.

Gromadzę atomy. Cząstki ciebie.
Archiwum zapachu i wilgoci.
Gdybym się pomylił, nie byłoby mnie.

Żyłka wiatru mieni się w tęczówce
maja. Ofiary z liści i traw poskładane.
Armie lotnych piór i patyków.

Po wieczornej burzy z planszy dnia
znika światło. Zziębnięty, za czarną
twarzą zamieram. Wysycham.

W kamerze snu, na styku miasta
korpus nocy, w który wbiega ciepły
głos: jasne nasionko kobiety.




Przechył kontrolowany


Stłuczony i rozbity.
Dzień. Nie ujawniony
do końca.

Palce przystanęły. Niczego
nie piszą. To co się
budziło, nie zostało
obudzone.

Stłuczony. Rozbity.
Odwrócony początek. Nie wróci
bezpowrotnie.




Dyskretnie


Nie jest inaczej: wciąż mija
nie dając szansy.

I wygląda nas. A wtedy
gaśnie radość, a wtedy to

już przeszłość. I nie
wyobrażam sobie, by coś

pozostało. Na zawsze.
Stygnący cień, wczesny owoc

deszczu? Tak budzi się język
sądu. Resztę przyjmuję jak

zbawczy lód.




Wskazówki wyciągnięte w nieskończoność


Kilka przeszło, ale ta jedna
pozostała. Świat jeszcze się
budzi. Najszybciej jak umie.
Jasną kreską.




Zdradzone miłości dryfują we śnie


To nie przypadek.
To czyny nie do odwołania.




Slajdy


W ciągu kilku chwil wyzbywasz się
wszystkiego. W nocy sama lekkość,

w oprawce kałuż kry zamarzniętych
świateł. Nie ma żadnego ruchu,

nie ma nad czym panować. Skręcony
kark wiatru zastyga w zamieciach bram,

spełzłe krzewy łykane przez łęgi
powietrza przetrzymują kryształy

chłodu, i tylko to nie ulega wątpliwości,
że potrafimy żyć podzieleni.




*   *   *


Skrócony sen. Tyle, co zmrużenie oczu.
Tak. Tym razem możemy tego nie
przetrzymać. A na pewno przyjdzie:
to pierwsze podejrzenie, że zabraknie sił,
by zliczyć pinezki minut, które już dawno
pożegnaliśmy.




Przepraszam, którędy do wyjścia?


Drzwi zamknięto.
I klucz potężny się
obrócił.

Umęczony, nie
przyjmuje już nic.
Bo nie został przyjęty,
bez uzasadnień pozostawiony.
Dreszcze. Dreszcze daremne.

W nocy patrzy
zmęczonymi oczami.
Bo w dzień nienawidzi
tego, co widzi.

Przyszłość ma w przeszłości.
Jeszcze więcej dreszczy.
Ani kroku do przodu.

Zostaje.
Żadne schody go
nie prowadzą.




Wyłącznie


Skończyliśmy już, choć skończeniu
nie ma końca. Dni całkowicie czarne
są. Resztka ognia została z nocy,
przez którą przeszedłem.

Więc wieczność mnie oszczędziła,
choć nie znajduję tutaj nic. Nie
ma takiej uwagi i takiej ciekawości.
Leżę i leżeć będę.

Ciemnia zmierza. We
wszystkich kierunkach się
rozrasta. Zastyga.

Rana dotknie i urazi.
I oko wyjrzy. Z głębi bezradnie.
Zobaczy i umrze.




Trójca


Serce przekazać bieli ust.
Niech zabrzmi zbawienia pieśń.
Spowiedź duszy odłóżmy na pożegnanie obojętności.




Zmrużenie


Godziny w rozległym słońcu.
Lotne liście. Kora sparzona, bez uśmiechu.
Pukle chmur strącane rękoma wiatru.
Wirują za plecami kobiet.

Rozległe, ostatnie słońce. Ukłony w stronę
tych, którzy mnie mijają. Bardzo
zmęczone serce.

Uparte godziny. Zbyt
wczesne, by budzić w sobie lęk
codzienny?




Prośba


Nosi się. Bez
powodu. Od zmierzchu do świtu.

Z dnia na dzień.
Przechowuje się, chociaż kołacze,

tłucze się
jak to, co nas powinno do siebie zbliżyć.

Na przykład seria
podchodów, tropienie świata. To już kolejny rok.

Sklejone chwile
w czarny dzień. Na razie na próbę mnie pocałuj.

Pociąg wjeżdża
w środek burzy. Może nie być lepszej okazji: pocałuj.

Powoli wracam
tam, skąd wyszedłem. A to zbiera się i szuka ujścia.

Z lękiem myślę
o snach. Między innymi to, dlatego. Pocałuj!




Dotknięci palcem bożym


Powróciło, jakby w półśnie.
Powróciło półprzytomnie.
Zapach ramion i ciepło kolan.
Ostrożnie wzięli się za ręce
i wyszli w noc.

– Igło w sercu – prowadź
w dogodnej chwili – prowadź
starannie.




Stań się!


Nikt nie przywołuje ponad to, co jest. I to
czemu jest wierny: kamienisty brzeg, mgła jeziora.

Jeszcze gromadzę, dotykam. Ale – tak naprawdę – nie
ma cię i nie będzie. W błysku światła nie

milknąca gwiazda, osamotniona.
Naturalnie: deszcz nie zetrze wszystkiego.




Na znak przymierza


Nie obce dłonie wyciągnięte w mrok,
nie szadź traw zwietrzała ani śniegu trociny.
Tylko noc cieplejsza niż najlepsze proroctwo
połączy wycinki chwil w jeden wątek.

Czemu więc drżenie przekracza granice naskórka?
Niech okaże swoje względy i zechce nas przyjąć.
A wtedy patrzeć będzie trzeba, i widzieć będzie trzeba
jak miarowo utrzymuje się słup światła na wysokości.




Torfowisko


Po trudnej nocy uważać na każdy
krok. Ruch. Wbrew temu, co mówią cienie.
Nagle obecne. W tumanie dnia. Głosy
z ciemności stają się czymś więcej niż
piosenką zmarłych.

Cokolwiek znaczy ta światła mgiełka
– nie będzie drugiego jutra. Tak. Dostrzegam
cię w chwili, gdy jesteś w pewnej odległości,
gdzie świat stanął w przededniu śmierci.
Stoi i wyje niezmiernie.




Wieszczy sen


Dżdży noc
wodą dżdżystą i wielką.

Wykręcony język
już nie obraża.

Wszyscy
i wszystko milczy.

Twarde liście miękną
i ścielą się gładko jak iskry.

Gdzieś w dali.
Zwiesza się, opiera.

Ale wkrótce się
uwolni i objawi.

Przed granicą
świtu jeszcze.

Przejaskrawione
oko do oka mojego przytuli.

I przemówi
chropawo, bowiem

śmierć zawsze
wygrywa przed czasem.




Ewangelia imienia


Pomyśl moje imię, a będę łagodny i czysty,
teraz pomyśl, kiedy miasto świeci światłem mrozu,
kiedy mroku pięść rygluje usta
skutecznym ciosem.



Tomasz Hrynacz (1971); pisze wiersze, czasami, na łamach internetowego magazynu literackiego poetica, pisze o wierszach innych. Drukował w wielu pismach literackich, m.in. wKulturze (Paryż), Liście Oceanicznym (Toronto), Odrze, Czasie Kultury, Kresach, Toposie,Twórczości. Jest autorem tomów: Zwrot o bliskość (1997), Partycje oraz 20 innych wierszy miłosnych (1999), Rebelia (2001), Enzym (2004), Dni widzenia (2005). Jego wiersze tłumaczono na język angielski, czeski, francuski i niemiecki. Mieszka w Świdnicy.