W naszym azylu

Marek Czuku
 
 
 W naszym azylu
 
 
 
 Wydawnictwo Przedświt
 Warszawa 1989
 
 
 
 
  Dorocie i Łukaszowi

* * *

Mówili że umarł
A on żył
Mówili że kłamał
A potoki górskie
I zwierzęta leśne
Żyły

1988

Gdziekolwiek pójdę

Gdziekolwiek pójdę za głosem wołającego
Na skrzyżowaniu bram (niech będzie to
Jeruzalem) otwartych na bezmiar
Mórz płynących z obandażowanych
Białą flagą serc
Gdziekolwiek to znaczy tam gdzie
Zaszczytem jest słuchać nieznajomych
Stawać w pokorny słup soli
Topnieć w imię obcych
Słońc Padać łupem
W tumulcie
Krwawiących
Koni
To naprawdę nie przekracza żadnych
Granic Gdziekolwiek pójdę tam nie ma
Granic

1988

Ludzie cichną

Powołany z niebytu
Staję z podniesionym czołem
U wrót starego świata

Jakaś fotografia lub inny bibelot
Utwierdza mnie w pozycji
Sentymentalnego obserwatora

Żaden ruch ani nawet
Drgnienie głosu
Nie łamie pola widzenia

Nawet cień nie krzyczy
A ludzie cichną na widok
Pospolitego krwawiącego słońca

1989

Prośba o rozgrzeszenie

*

Nad wzgórzami sczerniałego miasta
Wisiało słońce podobne do obciętej
Głowy Kobiety handlowały swoimi
Najbliższymi Miasto zachodziło
Za wzgórza Słońce spadło
Między nogi kobiet Poza tym
Sen Noc I drżenie warg

**

Pytała o Boga W mieście mówili
O jego nadejściu przed godziną
Uprała majtki i stanęła przed
Pomnikiem widzianym w przewodniku
Turystycznym Grała orkiestra
Śmierć nie nadchodziła

***

Kawałek nogi wystawał
Spod chodnika Ludzie
Całowali się i kopali
Kobiety wróciły do swych
Zajęć nie wróżących
Szybkiego zbawienia

****

Słońce jak pani woli
Ma smak dojrzałej pomarańczy
Czy pani dojrzała do prawdomówności
Chyba to nie to miasto Nie
Ta epoka Pani czas rozbił się
O zegarek Już widno

*****

Podobno Bóg i słońce są
To dobrze że tak szybko
I wolno

1989

Egzekucja

Stał przed plutonem
Złożonym z płonącej żyrafy
Brunatnego niedźwiedzia
I niezniszczalnych dinozaurów

Stał w imię odwiecznego
Prawa jednostki do wolności

1988

* * *

W zgiełku
W maszynie
Na niby pisany
Z dużej litery
Dwoma słowami

Na trakcie
W lasy
I pola bitewne
Na szosie
Na zawsze

1987

Iść

Iść
Przez krzaczaste
Często niedomyte
Brudne wręcz
Na przełaj i na przekór
Iść
Byle nie tknąć
Nie uronić
Bo to jest niewskazane
Iść
Nie patrzeć w przód
Nie oglądać się
Jak seryjny pocisk
Utkwiony w sercu Jeruzalem
Iść
Torturować siebie do nieprzytomności
Zachowując siły na uśmiech
Dla gawiedzi
Na ostatnie przemówienie
Iść
Bez celu sprzętu i okrętu
Bez matki ojca żony
Na dotyk
Iść
Przez krzaczaste
Uwalane błotem
Własne brwi

1988

Modlitwa świecka

za zmienne wiatry
drące na strzępy
płachtę zwaną flagą

za pogniecione papiery
które zbyt żółte są
aby wejść do literatury narodowej

za poćwiartowane mięso książek
rozpadających się z półokresem
ośmiu dni

za półdarmową zupę
porannej prasy
przyprawioną świeżymi nekrologami

za wszystkie królestwa
rewolucje transparenty
i inne tradycyjne rekwizyty

za siebie
i za ciebie
modlę się do
Wszelkiego Bóstwa Niezafajdanego
abyśmy
nie korony
nie śmierci spokojnej
nie formy czystej
ale Pospolitego Dnia Bez Złudzeń
doczekali

tak nam dopomóż
Fabryko Życia i Śmierci
Kopalnio Słowa i Milczenia
Huto Potęgi i Siły Wszelakiej

Amen

1986

Nie będzie ci dane

Nie będzie ci dane I nic
Na to nie poradzisz Puste
Ulice wygonią cię na peryferie
Nic więcej nie będzie ci dane
Może jakiś sztandar ujmiesz w dłoń
Może nie zaśniesz przed ostatnim
Sygnałem karetki Poczekaj
Na szum skrzydeł Dzwony
Na kolejne urodziny Ogolony
Porzuć listopady i inne miesiące
Porzuć siły tkwiące w paraliżujących cię
Oczach Lustro kłamie Pościel i piżama
Już zatęchły Niech twoje palce
Zedrą z murów tynk Niech twoje
Ręce wyjmą cegłę Niech w ścianie
Utknie twoja głowa Niech twoje
Usta zmilczą Nie będzie ci dane

1988

Podanie

niniejszym proszę
aby nie zakłócano mi snu
sen jest konieczny
do regeneracji organizmu
oraz zachowania iluzji

proszę również
nie zabieranie mi książek
książki uczą
i nie są niebezpieczne
nawet jako materiał łatwopalny

poza tym proszę
o uszanowanie mojego świata
który nikomu się nie przyda
a ja jestem doń przywiązany

na zakończenie proszę
o cierpliwość
wyrozumiałość
i zachowanie pozorów
że załączniki i życiorys
pozwolą rozpoznać mnie
na czterech zdjęciach legitymacyjnych

1985

Odzew

na wąskim skrawku myśli
notuję wyplute słowa
przez szczekające megafony
ust
następnie
przycinam skrawek myśli
do rozmiarów
łaśmy magnetofonowej
i odtwarzam
zaprzeszły dźwięk
zaciskanej pięści

1985

Nie mam czasu

Nie mam czasu Na nic
Nie zda się namawianie mnie
Do współpracy Nie rozumiem
Waszej mowy Chyba sami

Niewiele z niej rozumiecie
Znacie na pamięć kodeksy
Okólniki załączniki do mojej
Skromnej egzystencji która

Dla was jest częścią
Systemu (niektórzy mówią
Ucisku) Ja nic nie mówię
Usta poddane wieloletniej

Tresurze utraciły kontakt
Z resztą ciała Najlepiej
Mnie nie pytać Bo i tak
Żaden z tego pożytek

1989

W naszym azylu

Ulica pełna wojennych komunikatów
Powitała mnie okrzykami i szczękiem
Broni Schroniłem się w bramie jak
Przystało spadkobiercy konspiratorów
Wobec nasilającej się agresywności
Komunikatów przebiegłem pod murami
Do naszego domu
Otworzyłaś mi drzwi
Naga i uległa Położyłaś się na
Dywanie i mogłem robić z twoim
Ciałem co mi się podobało Za oknem
Obce armie wymierzały sobie sprawiedliwość
Z sufitu zaczęła kapać krew Spragnieni
Wolności piliśmy ją jak nektar W naszym
Azylu zdobywałem ciebie jak pierwsi
Wojownicy ujarzmiający naturę Światło
Zgasło i przez wybitą szybę docierał
Do nas głos matki szepczącej pacierze
Nie słyszeliśmy już wystrzałów
I jęku dobijanych
Wzywających nas
Na ulicę

1989

Metale

Latarnie świecą metalowo
Głowy ludzi przypominają granaty
Leżysz pode mną i strzelasz mi w serce
Ulice dostały kręćka od kół ciężkich pojazdów
Trupy zsuwają się z drugiej półkuli
Do Bałtyku
Kochamy się jak zwierzęta różnych gatunków
Moje życie nabiera rozpędu
Gdy nic nie robię
Kocham cię
Jakiś glina się powiesił
W cywilu
Czekam świtu bo nie lubię latarń
Kochasz mnie
Trupy ożywają bo chce im się pić
Piją wódkę
Lubię cię

1989

Potem

potem
przyjdą z łańcuchami
śpiewając hymny
umarłemu domowi

potem
wpuścisz strzęp
żywego światła

potem
założą ci maskę
przeciwironiczną
jak zwykle śpiewając

potem
nie będziesz widział
jak światło
zrywa się
z łańcucha

1986

Sen więźnia

dzień noc dzień
okno
jedyny bóg

wymykam się
ścigającym
gdy sięgam
po zakazany owoc
słońca

już pora
gdy dzień i noc
to jedno

1986

Powstanie świata

na początku była woda
z niej wyłoniła się kobieta
potem wyrosły miasta
pełne sklepów konfekcyjnych
powstało piękno
i zaczęły powstawać salony kosmetyczne

dopiero potem urodzili się mężczyźni
którzy lubili bawić się w wojsko
ale sza
jest to wiersz o początku świata
a nie o jego końcu

1985

Sen matki

a więc jesteś
nazywasz się Kajus
a może Adam
szepczesz
jam twój pierworodny
a ja nie słyszę
spieczonych ust
nie czuję
bolesnego pocałunku

zostawiasz
nie dopitą herbatę
i wracasz
tam gdzie warczą
czarne sowy

będę czekać
spotkamy się
za następne
dziewięć miesięcy

1985

Ona

Nie znała zwykłej ziemi
Pokrytej mleczem i chichotem
Wulkanów Dla niej było to tylko

Światło – kaleki ranek
Przywołany szałem i
Gniotący nagie ciało

Obudziła się jak mrok
Z bajki o niewinnych
Dziewczynkach spod numeru

Siedem Spałem jeszcze
I nie wiedziałem co to
Demon a co Bóg

Śniło mi się piekło
Strąceni ze stołków
Przetrząsali mi kieszenie

Licząc na resztę z
Obola Chyba mnie opuścili
Bo bolała mnie głowa i

Jej palce kreśliły
Koło gdzieś w okolicy
Moich włosów

Bałem się Ratował mnie
Uniwersalny banał
Wymalowany jej szminką

1987

Jak motyl twoje ciało

Jak motyl twoje ciało
Otwiera mnie na wołanie
Natury Leżysz niema koło mnie
I nie wiesz że wokół krew
I milczenie

Jak motyl – powiadam –
Wyrywasz mnie ze snu
Aby całym narodem
Powstać albo lec

Twoje ciało – nietknięte
I czyste jak zdarta
Skóra W ciszy i martwocie
Która w nas

Jak motyl twoje ciało
Ulatuje wraz ze mną
W świat gęsty od dymu
W śmierć pustą
Bez grzechu
Bez rozgrzeszenia
W noc
I w świt

1989

Burzenie Bastylii

Francja wtargnęła pod strzechy
Świeże ciężkie powietrze
Wdziera się w każdą kieszeń
Ptaki poczuły wolność
I latają horyzontalnie
Mnie nie ma
Zginąłem pod Waterloo

1989

Ilustracja do Ilustracji
Johna Ashbery’ego

*

Obserwator przeobrażenia
nowicjuszki w spiżową
Madonnę nie przewidział
że wskrzeszając ruch w przenośni
sam poruszał się w przenośni
Otoczył się jajem ptaka z baśni
Oblekł się w liście nie należące
do zimy Sam ćmą w płomieniu
zagarnął obojętność (przyczynę
powstawania dzieł sztuki znaną
od prawieków) szkicując
zmagania aniołów z nieuniknionym
aktem rozpaczy wyalienowanej kobiety
A to wcale nie koniec

**

Osiemnastoletnia schizofreniczka
o urojeniach boskiego posłannictwa
postanowiła wymazać grzech pierworodny
i stać się Jezusem Chrystusem
numer dwa

Nie znalazła jednak zrozumienia
u ludzi grających postacie
z ostatnio wyświetlanego w TV
serialu A także u lekarzy
których diagnoza była
jak śnieg i krew jednoznaczna

Takoż wierna sobie
stanęła na gzymsie
i rozwiesiła nagość
na pomniku powietrza
Nie było ucztowania
ani feerii sztucznych ogni
Tym razem był to koniec

Koniec pospolitszy od ilustrowanego

1986

Rewanż

Wróciłem z dalekiej podróży

Żony wracały do mężów
Świadome odwetu

Zdrajcy wracali z błogością
Do krajów swojej kaźni

Budda czytał na głos
Paryski spleen pijąc pepsi

Psy odwracały się zakłopotane
Nietrwałością rzeczy tego świata

Białe dłonie kobiet życzyły płodności
Wszystkim żywcem pogrzebanym

Miasta przeobrażały się
W wielkie pudła

Musiałem wrócić z dalekiej podróży

Nikt mnie nie opłakiwał
Nikt nie złorzeczył

Brałem to czego mi odmawiano
Dawałem rzeczy niepożądane

Było dużo krwi
Nie wiem jakiego pochodzenia

Na pewno wróciłem z dalekiej podróży

1989

* * *

Żegnaj miasto wśród ciszy i deszczu
Nie poznałem ciebie tak jak ty mnie
I nie mogę zadać ci bólu bowiem
Nasze kontakty ograniczały się do
Otwierania drzwi i korzystania
Z wolnych przestrzeni

1989

Do kabla

posłuchaj mnie
przechodzący przez moje narządy
gumowy kablu
(pozostałość po transplantacji
myśli nie moich
obrazów kradzionych)

bądź drożny
aby dmuchający historycznym opium
byli usatysfakcjonowani
a ja
wolny od cierpień młodego
nie zaspokojonego wynalazcy
dwudziestowiecznych antyków

pęczniej i rozsadzaj moje ciało
to dom twój
królestwo z wyszczerbioną koroną
pozbawioną diamentów jako relikt
ryba dwudyszna
homo neandertalensis

nie słuchaj Gershwina
zbyt d’actualite
ani psychoanalityków
uważających cię za senne widziadło
wytwór libido
i złośliwy kaprys
początkującego chirurga

nie wymagam od ciebie
abyś był mi posłuszny i wierny
wystarczy że jesteś
nowotworem elastycznym
mix nervina
a nie tubą propagandową

pokochałem twój kadłub
subtelnie drażniący zmysły
i zaspokajający potrzeby duchowe
(rano pasta do zębów
wieczorem antologia młodej poezji orientalnej)

razem wiele zdziałamy
tylko zaklinam cię
na wszystkie tworzywa sztuczne
bądź drożny

1986

Spis wierszy

* * * [Mówili że umarł…]
Gdziekolwiek pójdę
Ludzie cichną
Prośba o rozgrzeszenie
Egzekucja
* * * [W zgiełku…]
Iść
Modlitwa świecka
Nie będzie ci dane
Podanie
Odzew
Nie mam czasu
W naszym azylu
Metale
Potem
Sen więźnia
Powstanie świata
Sen matki
Ona
Jak motyl twoje ciało
Burzenie Bastylii
Ilustracja do Ilustracji Johna Ashbery’ego
Rewanż
* * * [Żegnaj miasto…]
Do kabla