Ziemia otwarta do połowy

Marek Czuku


Ziemia otwarta do połowy


Wydawnictwo Biblioteka
Łódź 2000




                        Moje ciało dryfowało
                        ku nieopisanym barwom
                        w tonacji optymistycznego ragtime’u

                        Łódź, 4 marca 1989




                        Mamie dedykuję tę książkę




Blue sky (Pink Floyd)


Łączę się ze światem i trwam
przy chlebie, miłości i tobie.
Chcę być tu i mówić,
że niebo jest niebieskie,
że wiatr przenosi nas w jutro,
że zawsze jest światło,
które przywróci nas sobie
po powrocie z podróży
dookoła nieba.

Świeć szalony diamencie
tam, gdzie wędrują dusze.
Pamiętaj o nas
w obłędzie lipcowego słońca,
którzy szukamy początku
nieba, kamienia, liczby.
Myśl o pogodnej toni łąki,
kawałku mchu wśród poziomek,
źródlanej wodzie.

Tu jest skalista droga do jeziora.
Tu błyszczą korony drzew
i lśnią samoloty,
a muzyka zaczyna się
w trwaniu nieba.

Licz na człowieka, który śpiewa
piosenkę wyśnioną w tobie
przez kamień, brąz i żelazo.
Licz na nagłe przypływy
mocy z Ducha.
Licz...


Łódź, 1 lipca 1998




Szwecja


1.

Przecięty kreską Bałtyku
kreślę obraz wyjęty z trzewi
ostatniego listu.

Tam też są domy
i wiernie liżące primadonny
dochowanego sekretu.

Tam: kąpiele nagie w blasku
spadających kropli kapitału.

Tam: sam-sobie-kreską
i punktem za przybycie.


2.

Raz: widnokrąg marzeń,
koloseum widoczności,
wiatr-od-morza.

Szumy na pasterce wytatuowanych mew.
Jarmark postradanej wyobraźni.

Dochodzi północ:
pół-krok, pół-czekanie,
odlot szczekających
hotelowych pająków.

Dwa: rosnę możliwością
i schodzę w pomnik zapatrzenia.


3.

Wpadam barwą w tłum rozedrganych postaci
i podążam pędzlem światła
okradając ulice z blasku.

To różne nazwałem,
tak jak można stawiać kreski
w dokumencie.

Różność i wielokrotność w jednoczasie
zasypują pianę między brzegami.


4.

Pokonać ramy,
stać się roztańczoną,
samowystarczalną plamą,
podgrzać krwiobieg
prądem telefonicznego kabla,
wysycić ostatnie wargi
w antrakcie zapytania.

Polowałem na szlachetne wiry
rozkręcone śrubą statku,
na lotne skały
jarzące się i spadające
w następność.

Jeszcze czas
zanim uderzy dzwon niepamięci.
Pędzony wiatrem
zamykam drzwi na zajutrze.


5.

Goszczę pod niebem,
które spada na-opak
nie zostawiając śladu.

Tako i ja żadnym śladem
nie splamię parcjalnego tabu.

Słowem ja, nie śladem,
dotykam wymyślonego
i zamykam zmilczenie.

Śladem pozostanę.


6.

Całe to widzenie przez pryzmat
drugiego wcielenia samo-siebie
wypełnia wysypisko poznawalności.

Poszukiwanie zakrzepłej kropli
na brzegu widoczności
daje pozór kontrastu.

Ale nie tak, nie tyle.
Mnie szum na przystani,
mnie przystań nad wątpieniem.


7.

Obracam kamienie niemożliwości,
aby wyodrębnić status
niewidzialnych bogów
wszystkich natchnionych pomników
i lepkich kolorów.

Warkot motoru zasnuwa nieckę zapytania
sinym westchnieniem przeszłości.
Warkot bogów zamienionych w ptaki
dopływa rzeźbionymi kanałami
do plastikowych kielichów.

Bo ja i bogów, i warkot pomnażam
i przemieniam w cichy lot.


8.

Kiedy zamykam nastąpienie
wewnątrz posrebrzanej kuli,
zabawnej i nieprawdziwej,
wyobrażam sobie nie-to-samo,
pogrążając się w soli,
piasku i pianie w szklance.

Kiedy otwieram zapomnienie,
wysypuję z czerwonej blaszanki
z napisem Coca-cola
białą korę, która też
gdzieś TUTAJ odpada.


9.

Kto wymyślił tę jaskrawość
i pozbawił mnie codziennego,
alergicznego wglądu
w alfabet wyrzeczeń?

Kto zepsuł koło historii
i napisał donos
na starego trampa Kopernika?


10.

Czy to dymy zza cieśniny Hamleta,
czy prośba kalekiego żebraka?

Cała prawda o zagubieniu
to nagroda dla hojnych.


11.

Nadszedł czas nieodwołalnego romantyzmu.

Wsiadam na przedwojennego konia
i ruszam, aby zbawić krasnoludki,
niosąc pochodnię żywego księżyca
płonącą bez względu na przekonania,
wyznanie, przynależność, obywatelstwo
i tysiąc rozmaitych plag ludzkości.

Dlatego wykorzystuję czas na postęp
w dziedzinie kontaktów międzyludzkich.
Krasnoludki czekają na to.


12.

Polarna świeca zamyka ogląd
rzeczy-za-rzeczami.
Jaskrawość potęguje wyklęte sztaby
niechcianego kruszcu.
Purpura złowieszczo potakuje zieleni
ginąc na palecie.

A czyż jam to widział,
aby posądzać mnie o daltonizm?


13.

Dany mi powrót przyjmuję gołymi rękami.
Puls jak zwykle mierzy się ciągiem aut.
Oddech automatycznie
reguluje światło nad Utopią.

Kroki zastygają od czasu do czasu,
aż wyjście stanie się kawałkiem drewna,
które nie błyszczy w słońcu.

Na teraz.


14.

Przypływ wiatru porywa zmęczenie.
Traktuje mnie jak stempel na znaczku.
Rośnie dziedzictwo (niepostrzeżenie)
w komercjalność kolorów.

Nienapisany cyrograf: pamięć.


15.

Przemijanie w ścisku dróg
wytycza pęd autostrady:
w szczęk.

Głosy o wodę zostają utopione;
płynie niewspólna mowa:
w krew.

Ruchome i nieruchome staje się
niewytartym wytrwaniem.


16.

                   Dla Bajrama Maloku

W trzech językach,
w dwóch dziedzictwach,
w jednym kraju.

Tu, gdzie rosną Bergmany,
kwitnie volvo na plecach.

Tu: przeszczep
zza około siedmiu gór
domaga się istnienia.


17.

Jeśliś człowiekiem,
ściśnij mi rękę,
a podam ci las
lub jakikolwiek widok.

Jeśliś tylko człowiekiem,
aż tyle zobaczysz.


18.

Czego chcesz? Czy wystarczy ci
senny ptak płoszący drzewa?
Czy twoja łaska poliże kroplę
zasychającej myśli?

Czy zakrzyczysz z powrotem?


19.

Gdzie nie dotarł lot pszczoły,
fiordy wyskakują z granitów,
a lasy kłują w oczy,
nie wiedziałeś, że nikt ciebie
nie wprosił w nigdzie.


20.

Napisano, że od dawna
podział jest kwantum
materii świata.

Napisano już dawno,
że gdzieś daleko
(za siedmioma morzami)
jest trochę nieba,
trochę chleba
na chwilę przeżycia,
na życie chwilą.


Malmö, Massleberg, lipiec 1986 – czerwiec 1988




Emigracja


1. Gdziekolwiek pójdę


Gdziekolwiek pójdę za głosem wołającego
na skrzyżowaniu bram
(niech będzie to Jeruzalem)
otwartych na bezmiar mórz
płynących z obandażowanych białą flagą serc.

Gdziekolwiek to znaczy tam,
gdzie zaszczytem jest słuchać nieznajomych,
stawać w pokorny słup soli,
topnieć w imię obcych słońc,
padać łupem w tumulcie krwawiących koni.

To naprawdę nie przekracza żadnych granic.
Gdziekolwiek pójdę, tam nie ma granic.




2. Peryferie wielkich miast


Na peryferiach, gdzie nawet diabeł śpi,
dotknął mnie butwiejący kawałek drewna.
– I tu śmierć – pomyślałem – w tej oazie
ciszy i dobrobytu, na przedsionku nieba.

– Tu dopiero poczułem się wolny –
powiedział emigrant z 1981 r.
– Wie pan, zostawiłem paszport w hotelu.
Muszę wracać.
Nie odważyłem się myśleć o przyszłości.
Splunął i oddalił się w cień parku,
gdzie deszcz i błoto.

Właśnie tu, w podmiejskim parku,
pomyślałem o absolucie, który jest.
Tu na peryferiach zrozumiałem,
że nic mnie nie powstrzyma
od ucieczki w zieloną przestrzeń
u zbiegu podmiejskich ulic.

Pędzące samochody rozjaśniały drogę.
I już prawie byłem pewien, że właśnie tu,
w deszczu spoczywa namacalny dowód
mojej tożsamości.
Zmięte papiery wyścielały trawniki.
Nie wiedziałem co robić.
Uśmiechy neonów przyprawiały mnie
o zawrót głowy aż do bólu.

Bólu, ty mnie nigdzie nie opuszczasz.
Modlę się w imię twoje i zyskuję kolejny dzień.
Nad nami ciemne niebo w deszczową noc.

Park porwał mnie w przestrzeń
pozostałą po emigrancie.
Ta noc uświadomiła mi
moją małość w zakątku świata.
Nie spotkam już nikogo na drodze.

Smuga światła reflektorów
dała odczuć schyłek dwudziestego wieku
(pięć wieków temu nie zdobyłbym się
na podobne rozważania).

Muszę wracać do hotelu,
gdzie śpi moje fatum:
paszport w ciemnej szufladzie
i niebieskiej okładce.
Może zawrócić,
nie niepokoić Anioła Stróża,
pójść za podszeptem Szatana, pójść...

Pójść do hotelu,
gdzie śpi mój mały synek.




3. Światła wielkich miast


Dopadła mnie północ w momencie,
gdy opuszczałem ręce ze zmęczenia i bólu,
który otworzył serce.
Światła ulic niepostrzeżenie kradły iluzje.
Wrosłem w asfalt, przybity słowem w obcym języku.
Mój język stracił moc otwierania drzwi
zamykanych automatycznie o dwudziestej zero zero.
I na nic zdały się zbożne lektury.
Ich śmierć dokonywała się w cieniu.
Światła szły ku mnie obnażając moje fobie.
Nie bałem się nowego ani nawet odmiennego,
ale brzmiał w uszach szum samochodów,
wołał z oddali dziewiczy las
głosem obrażonej kochanki.

Gdzieś na skraju ulicy leżał nekrolog.
Jak na ironię, nie znałem żadnej litery,
która czerniła papier.
Nie wiem, czy nie spadł z nieba
obcymi znakami światła i celulozy.

Gdzie jestem?
Przecież to nie ja snułem się o północy
po rozświetlonych ulicach centrum miasta.
Nie ja straciłem dary mowy i współczucia.
Moje ja ukryte przed głosami z zewnątrz
domagało się odkrycia boskiego planu wędrówki.
Nikt ani nic nie zakłócało
pełgania myśli po asfalcie.

Dzień powoli dogorywał.
Kolejny krok w otchłań,
którą otwiera niewykrywalny szyfr.




4. Ulice wielkich miast


Nie wątpię, że każde miasto ma swój blask.
Każdy zaułek lśni nowością
nieosiągalną przybyszowi z dalekich stron.
Każdy krok w kłębowisko ludzi:
ludzi za straganami, ludzi na ulicach,
ludzi chodzących po swoich śladach –
jest aktem odwagi.
Wśród czystych wystaw sklepowych
rośnie duch i opada niepewność.

I tu stanąłem.
Terra incognita wydawała się
śmieszną drobnostką
zagubioną w domowym kurzu.
Dopiąłem kurtkę. Nie wyróżniałem się.
Miałem przed sobą
główną arterię komunikacyjną miasta.
Ze sklepu eleven wynoszono towary.
Łapałem się na przyziemnych zachciankach.
Oczy poczuły podmuch ciepłego powietrza.
Łzy pokryły obraz
królestwa prostych dróg.

Oddech, oddech.
Łakomie czerpałem tlen
pośród artylerii samochodów.
Samochód dla każdego –
oto plan i realizacja.
W banku automat wysunął język.
Udawałem, że nic nie widzę
i w nic nie wierzę.
Na szczęście dochodziło południe
i ludzie znikali z moich oczu.

W płonącej od neonów kurtce
wycierałem własne ścieżki.
Nie modliłem się do kwaśnych twarzy
mijanych po drodze.
Moja droga była już dawno wykreślona.
I nawet zaciskanie powiek, zębów, pięści
nie otwierało mnie na kolorowe błyski.
Ziąb paraliżował ruchy.
Ulice powoli pustoszały.
Na skrzyżowaniu jakiś człowiek
próbował mi się przyśnić.
Odrzuciłem go jak zużytą puszkę po piwie.
Epoka zakręciła mi w głowie,
gdy nabierając rozpędu,
kładła spać ideały.




5. Centralna stacja kolejowa


Jechałem miejskim autobusem
i rzuciłem okiem na kolorowe wagony.
Kierunek Europa był wypisany
na twarzach wsiadających.
Bliżej i szybciej zacząłem myśleć.
Skrzyżowanie. Kontrast Azjaty i Murzyna
spokojnie wnoszących bagaże
poruszył podświadome uprzedzenia.
Wszyscy jesteśmy braćmi nie tylko od święta -
to brzmienie głosów pomieszanych
jak na wieży Babel.
Moja twarz przybrała wyraz murzyńskiej maski,
którą kiedyś widziałem w kraju
w odlewie gipsowym.
Wtedy wiedziałem znacznie więcej,
tylko przysłowiowy gips w ustach...

Kierunki zaczęły się mieszać
i nawet znikająca za zakrętem stacja kolejowa
urosła w pomnik, a przynajmniej
w otwarte szlabany (moje oczy?).




6. Wielkie miasto


Nie opuścisz mnie widoku wieżowców,
na których tylko sztuczne światło
wyznacza dalszą drogę.
Nie opuścisz mnie przyjacielu,
któremu zostawiłem
ostatnie pieniądze na chleb i mleko.

Wszystko zostało przewidziane.
I nawet samochody zatrzymane przez
czerwone światła dotarły do celu.
Inny oddech dałeś mi Panie.
Żywiłem się nim długi czas.
Dzięki Ci, albowiem odnalazłem Ciebie
w migotaniu świateł, skulonego
na tylnym siedzeniu małego auta.




7. Główny plac


Najbardziej boli pamięć.
Na głównym placu oddałem hołd
tej chimerycznej kobiecie,
zgarbionej (jakby czuła)
i niedożywionej.
Inne kobiety mijały mnie
bez żadnego uśmiechu.

Zaprzedałem duszę wiecznemu nienasyceniu
i usiłowałem o tym zapomnieć.
Ten, który wiele może,
przywołał mnie do porządku
i zatopiłem się
w swoim odbiciu w fontannie.




8. Autostrada południe-północ


Przybity pasem do siedzenia próbowałem
odtworzyć krajobraz zniewolenia i buntu.
Migające za szybą drzewa i domy
były mi bliższe niż tamte egzotyczne obrazy.
Jazda zastąpiła drogę pełną bólu i wyrzeczeń.

Jechałem nadmorską autostradą
krzywiąc się na widok zagranicznych
tablic rejestracyjnych.
Zagranicznych, czyli jakich?
Czy znak PL, widziany dwadzieścia
trzy razy w trakcie 500 kilometrów,
był mi obcy? Nie znałem odpowiedzi.
Pozostał grymas na ustach.

Przybity pasem do siedzenia odkrywałem
piękno i wdzięk średniowiecznych tortur.
W oddali szumiały wierzby.
Krew dawno wsiąknęła w ziemię.
Ale to było nieważne wobec nowych widoków
i historii bez końca i początku.




9. Kawałek domu


Wyrzuciło mnie morze tupotem mew i ludzi,
abym zapomniał widoki z dzieciństwa.
To nie było wcale budujące,
ale bunt o podłożu egzystencjalnym
był też nie na miejscu.
Pytałem nieznajomych,
czy znają drogę do domu.
Większość pukała się w czoła
(jakby nie pamiętali).
Ale ja wynurzyłem się z zaświatów
płacąc za bilet w obie strony.
I tam odnalazłem ersatz
w postaci betonowej konstrukcji.
Jako Polak znałem karkołomne konszachty
z siłami natury.
Towarzyszyła mi nieodłączna książka
z upadającego miasta.
W bezkresną noc reflektorów, metr, hoteli
i czego tam jeszcze nie myślałem o pościeli.
Sen czyhał na każdym kroku bez względu na porę.
Gdy zatrzymałem się w pół słowa,
skądś przyszedł mi do głowy kawałek domu.




10. Powietrze uleciało ze mnie


Żegnaj miasto wśród ciszy i deszczu.
Nie poznałem ciebie, tak jak ty mnie,
i nie mogę zadać ci bólu,
bowiem nasze kontakty
ograniczały się do otwierania drzwi
i korzystania z wolnych przestrzeni.

Dzisiaj noszę synka na barana
i nie wiem, ile czasu minęło
od wędrówek po twoich barkach.
Zresztą to wszystko jest już nieistotne.
Barwy zatraciły kształty młodych kobiet.
Powietrze uleciało ze mnie,
jak wczorajsza prognoza pogody
wróżąca ogólną poprawę.


Łódź, grudzień 1988 – marzec 1989




Halucynacje


1. Obudźcie się!


Ileż tu słów zatrutych spływa do morza,
które pomieści każdy śmieć.
Iluż tu upadłych świętych
u wylotu ulic żebrzących o deszcz.

Po co te bunty durne,
buta butami zdeptana,
siwe brody zrywane z nastaniem świtu.
Obudźcie się: hardzi i młodzi,
słońca, księżyce i kwiaty
weźcie w osłabłe dłonie
tak mocno, jak rodak z rodakiem,
i już.




2. W piwie


W piwie broda, oko, głowa
i swoboda cenzuruje
każdy łyk, krok, rok.
Potem ciach i w piach.

Raz, dwa, maszerują,
nowe domy budują.
To nasza sprawa, nasz wiek.
Na wieki wieków.
I w piec, wielki piec.

Epoka.




3. Świat nabrał rozpędu


Świat nabrał rozpędu i sapie jak lokomotywa.
Prezydent Bush przyjechał do Polski i na Węgry.
Wszyscy jesteśmy zagorzałymi katolikami.
Na murach: KPN i FUCK OFF.
Nasz naród nabrał rozpędu.
139 tysięcy łodzian głosowało na milicjanta.
Wolność. Radio Wolna Europa w Budapeszcie.
PZPR wyciąga rękę do każdego.
Rumunia i Albania nie mają długów.
Postęp. Gorbaczow nie odrzuca możliwości
współpracy z Solidarnością.
Sowieci do domu! OUT.
Polska jedenastka nie ma już szans.
W Chinach 80-latki skazują 20-latków na śmierć.
Świat gna na oślep z otwartymi oczami.




4. Już czas na sen


Wiatr wieje ze wschodu i zachodu.
Na ulicy leży człowiek.
Rosną domy, hotele i szpitale.
Rośnie mój syn.
Tragedia rozgrywa się na peryferiach.
Syty i dobroduszny świat
uśmiecha się do przechodniów.
Przechodzę na drugą stronę ulicy
i oglądam się za siebie.
Może to ONI?

Już czas na sen,
niepewny czas.




5. Burzenie Bastylii


Francja subtelnie wtargnęła pod strzechy.
Nasza wymodlona ojczyzna
pławi się teraz w zbytku.
Ptaki poczuły wolność
i latają horyzontalnie.
Mnie nie ma –
zginąłem pod Waterloo.




6. Telefony są zajęte


Telefony są zajęte.
Nie mogę porozumieć się z nikim.
Warczą samochody.
Życie pulsuje mi pod skórą.

Jutro wstanę i obejrzę
nasz naród w telewizji.
Dziwne twarze, odległe głosy,
obce innym nacjom
(może słyszeli o Koperniku?).

Na razie cichnie ulica.
Naród idzie spać.




7. Nic – dosłownie nic


Dymy nad łąkami snują
tysiące sag o Wikingach.
Las majestatycznie stoi na straży
małej stabilizacji.
Kawa w kubku stygnie
i nic nie jest w stanie
podważyć żadnej litery w książce.

Nic – dosłownie nic –
nie ratuje nas, gdy nadzy
wywołujemy imię ojczyzny.




8. Świeże, ciężkie powietrze

Świeże, ciężkie powietrze
wdziera się w każdą kieszeń.
Stoję na skraju lasu i czekam,
aż wróci echem
pozostawiona w kraju rodzina
(dziadek spędza kolejną noc
w szpitalu, z rozrusznikiem).

Nasze złote serca
brukują tu każdy kamień.
I nawet Boga interesuje
ten ponętny kawałek chleba.




9. Ludzie cichną


Powołany z niebytu
staję z podniesionym czołem
u wrót starego świata.

Jakaś fotografia lub inny bibelot
utwierdza mnie w pozycji
sentymentalnego obserwatora.

Żaden ruch
ani nawet drgnienie głosu
nie łamie pola widzenia.

Nawet cień nie krzyczy,
a ludzie cichną na widok
pospolitego, krwawiącego słońca.




10. Tyle go (Parasolki)


Jego wiersze były za ciepłe.
Może dlatego umarł w lodowatej wodzie.
Zostawił po sobie pamięć rodziny
i wiernych przyjaciół
(wiosną 1971 roku nekrologi
rozsadzały gazety).

Tyle go, a nie ma pod stopami ziemi.
Wiruje w kroplach deszczu.
Śpiewa obcymi ustami.

Tyle go, a nie ma nawet słowa po nim,
które pragnie wyemigrować
wraz z całą schedą.




11. Głód


Snuje się między drzewami,
podkrada do domostw,
zagląda w oczy,
skacze do gardła.

Niby nie ma go, a jaki skuteczny.
Subtelnie narasta. Pulsuje w skroniach.
Ręce opadają, nogi tracą grunt.
Wraca pamięć.

Spustoszone wsie i miasta.
Martwe twarze wpatrzone w błękit trawy.
Dzieci szukające rodziców.

Brat nędzy czai się obok
naszego miejsca na ziemi.




12. I tylko deszcz


Poeci nie stoją na wysokości zadania.
Piszą o rozmaitych sprawach
nie przystających do rzeczywistości,
która ich przerasta.

Poeci żywią nadzieję
na nastanie lepszych czasów,
kiedy będą lekarzami dusz.

Poeci mało co rozumieją.
Niewiele nauczyli się
od rozpędzonej historii,
choć mówią, że dają świadectwo,
a słowa nie można zabić.

I tylko deszcz padający w tej chwili
ma rację,
której nikt nie podaje w wątpliwość.




13. Nie myśl


Nie myśl,
że coś masz na własność,
przypisane tobie
jak ułomność rzeczom.

Twoje rzeczy i ludzie
mogą świadczyć przeciw tobie
i zniszczyć ciebie
w mgnieniu oka.

Żaden przedmiot
nie należy do ciebie.
Czasami tylko próbuje
się tobie przyjrzeć.




14. Mój syn


Mój syn Łukasz
jutro kończy trzy lata.
Dzisiaj zbudził mnie
o siódmej nad ranem.

Łukasz zna już TV-kolor,
programy satelitarne, komputer
i wiele innych rzeczy,
o których mi się kiedyś nie śniło.

O siódmej nad ranem
chciał jednak
przytulić się do mnie.




15. Panta rhei


Wydaje ci się,
że wszystko stanęło w miejscu.
Brudne ulice dźwigają
zmęczone autobusy.
Twarzy nie stać na uśmiech
w kadrze aparatu.
Zastój i inercja.

Ale właśnie teraz
spod asfaltu i powiek
wypływa rzeka bez nazwy
rzeźbiąca szczeliny i mysie nory,
aby w godzinie (która musi wybić)
stać się morzem przetrwania.




16. Obcy


Jestem, abym żywił nadzieję,
choć wokół wióry lecą.
Jestem, abym kradł złudzenia,
a wyciągnięte ręce opadają.

Moja istotność jest poddawana
ciągłym próbom ognia i wody.
Moja stabilność wisi na włosku
pod toporem.

Jestem i będę wam wokół
skaczącego po ulicy serca.




17. Sen emigranta


Zimno wdziera się do mieszkania.
Nie potrafię nawet zapobiec
pełzaniu cieni po podłodze.
Przeszłość brutalnie
piętnuje moje ciało,
a wszystkie wspomnienia z kraju
mieszają się w bełkot.

Zamiera mi już na ustach
pęczniejące w gardle
moje polskie imię.




18. Radio


W środku nocy
radio wyrwało mnie ze snu
podstępnym szeptem.
Starałem się podnieść z łóżka
i unieść brzemię,
które noszę od urodzenia.

Ciało powoli zamieniało się
w kryształ kwarcu
i nie mogło sprostać
aplikowanym mi zbożnym celom.

Moja naga żona
nie dostrzegała już cielesności,
widząc istotę nie z tego świata.
Udawałem więc człowieka
nie zniekształconego przez fale eteru.

Na szczęście włożyła watę w uszy
i poszła spać.




19. W naszych przytulnych mieszkaniach


Wielkie życie toczy się za każdymi drzwiami.

W naszych przytulnych mieszkaniach
kwitnie handel, produkcja,
czasem padają ofiary bitew.

Możemy sobie nawet pozwolić
na radykalne zmiany,
bez lęku o utracone pozycje.




20. Tobie – białe miasto


Jak ciebie pożegnać
tworze z kamienia i żelaza?
Chyba nie taki koniec był nam pisany?
Tylko ty znasz mój ciężar.

Tobie – białe miasto –
zostawiam lekkość sierpniowego słońca
i cierpki smak nadziei.


Malmö, Massleberg, lipiec-sierpień 1989




Wyspy szczęścia


1. Avalon (Roxy Music)


W słowie AVALON
litera V wbija się jak klin
między dwie litery A.
Przypomina to szczęście,
które przebija skorupkę życia.




2. Widok z okna


Dochodzi szósta nad ranem.
Zimne powietrze owiewa rabaty,
na żer wychodzą sarny i łosie;
las pilnuje status quo.

Życie powraca na dawne pozycje.
Po łące biegną myśli i dzieci
rozszerzając swoje miejsce na ziemi
(prawo przetrwania).

Świat skurczył się do wielkości orzecha.




3. Skała (epoka brązu)


                        Harry’emu Holtmarowi


To stało się naprawdę
w skandynawskie lato stulecia.

Na zdjęciach: jedenastoletni Łukasz
i trzyletnia Ania w różowej sukience.

Łukasz leży na skale.
W długiej łodzi dwaj mężczyźni z dzidami
walczą o kobietę. Obok psy (lub wilki)
i szarpiący się w sidłach jeleń.

Przy grobie megalitycznym
stoi nieco zdziwiona Ania.
Na górnym głazie
kucnął uśmiechnięty Łukasz.

Drzewa przechodzą w las
pełen dalszych grobów.
Jest trochę cienia.
Za chwilę spadnie deszcz.




4. Norwegia


Przenikają mnie wścibskie nazwy.
Myślę więc: Svinesund, Halden, Fredrikstad
zamiast: granica, fiord, twierdza.

Mimowolnie utrwalają się obrazy:
armaty na murach, dyby na rynku,
biegający bez przerwy żołnierze NATO
i bezwstydna para koło fosy.

Nie od rzeczy są wyobrażenia:
niewielka stolica, dwa języki
(literacki, który nie jest literacki,
i nowy, który nie jest nowy)
oraz Narvik, Garbarek i De Press.

Norwegia zawsze kojarzy mi się z wolnością,
gdy bez kontroli przekraczam jej granicę.
Dla mnie nie ma końca,
bo nie dotarłem jeszcze nawet do Oslo.




5. Kopenhaga


Trzy lata temu, w samo południe,
gdy gwardia królewska zmieniała warty,
a portu strzegła – jak dawniej – syrenka,
na drugim brzegu chora na raka kobieta
opiekowała się moją córką.

Nie dowiem się,
czy – właśnie w tamtej chwili –
czytała jej baśń o dzikich łabędziach
(są sprawy, o których się milczy).




6. Nie pojadę do Sztokholmu


Telefon znienacka przepowiedział przyszłość.

Cienka granica życia
po cichu odsuwa nas od tego,
co się nie wydarzy,
gdzie nie sięgnie wzrok
i nie stanie stopa.

Trwalszy od berlińskiego
gęsty mur powietrza
dzieli czas i przestrzeń
myśli drugiego człowieka.
Za nim tylko sen
i rojenia chorej wyobraźni.

To tam znajduje się NIGDY.




7. Miasteczko nad Skagerrakiem


Krewetka w herbie znaczy granicę.
Samochodowe radio cicho sączy
piosenkę Dana Anderssona.
Ulice dyskretnie wpadają do morza
spomiędzy umytych słońcem domów.
Mewy śmieją się do frytek z Sybilli;
promy zawożą marzenia na północ.

Gdzieś znacznie dalej
żarzą się światła naszych serc,
które odnajdą wspólny krwiobieg.




8. Miasto nad Sundem


Tu po raz pierwszy zobaczyłem Zachód.
Tu po latach zrozumiałem,
że Zachód jest wszędzie.


*

Nasze miasta (jest ich kilka)
wozimy w sercach. Są tam też
ludzie, rzeczy i myśli.


*

Odjazdy to powroty
(podobnie jest ze śmiercią).




9. Koniec dnia


Ciemna plama gęstnieje za oknem,
jakby ktoś przykrył płaszczem słońce.
Cichną odgłosy w kuchni,
a zabawki Ani z wolna chowają się pod meble.

Nasze małe szczęście
podnosi się ciężko z podłogi;
jeszcze próbuje coś uratować
z wczorajszego nieba.

W tej chwili tulisz je w zimnych dłoniach
(musisz wreszcie pójść do lekarza).
Zanim zaśniesz, pomożesz mu.
Kolejny już raz.




10. Kocham...


Twoją samotną twarz,
dzieci i słowa,
czysty dom i złe miasto.

Od rana do rana,
w grudniu – od tysiąca lat,
gdy jem zupę pomidorową.

Bez zastanowienia i umiaru,
czytając w słońcu rozkład jazdy
na ulicy Wigury.

Na starym mieście i w nowej gminie,
w poczekalni i małym pokoju.
Do końca...


Massleberg, Łódź, sierpień 1997 – lipiec 1998




Spis utworów


Blue sky (Pink Floyd)

Szwecja

Emigracja

Halucynacje

Wyspy szczęścia